wtorek, 30 grudnia 2014

Agnieszka Lingas-Łoniewska - W szpilkach od Manolo

Wielokrotnie czytałam recenzje książek tej autorki na innych blogach, ale to tej pory nie dane mi było spotkać się czytelniczo z Panią Agnieszką. Byłam bardzo zadowolona, kiedy udało mi się upolować w bibliotece tą książkę, bo po tylu recenzjach byłam po prostu ciekawa jak ta autorka pisze.



Liliana ma trzydzieści pięć lat, kocha koty, wysokie szpilki i swoje auto. Posiada także kilka niegroźnych obsesji i bardzo wybujałą wyobraźnię. Pracuje w korporacji, ale ma dość wyścigu szczurów. Gdy pewien denerwujący przystojniak zajmuje jej miejsce parkingowe, Lilka nie zdaje sobie sprawy, że już wkrótce znajdzie się na celowniku. Tajemniczego Michała, irytującego Sekuli, a także pewnego socjopaty, który bardzo nie lubi pyskatych „młodych gniewnych”. Tajemnicze kartki z numerkami, porwania, szalone przyjaciółki, pragnąca zięcia Mamulka, znienawidzone korpo i… gorrrący romans. Wszystko to sprawi, że na punkcie „W szpilkach od Manolo” dostaniecie prawdziwego bzika!





Po raz pierwszy przeczytałam powieść, która rozrywa się w korporacji i muszę przyznać, że akcja, któraa rozgrywa się niejako na moim podwórku ma sporo plusów, bo lektura zdecydowanie zyskuje na wartości, bo pewne sytuacje są mi aż za dobrze - niestety!-znane.
Ciekawe, nietuzinkowe postacie- w tym główna bohaterka - Liliana. Kobieta, singielka, której nie udało się spotkać nikogo na całe życie. Mimo usilnych swtań matki gotowa jest za wszelką cenę bronić swojej niezależności. Tymczasem pojawia się ON i wszystko, jak możecie się domyśleć-zmienia się bardzo szybko, a historia w pewnym momencie staje się dość banalnym romansem. Jeżeli do tego dodamy wątek kryminalny, bo jak się okazuje ON jest zakamuflowanym policjantem szukającym porywacza młodych kobiet, który prawdopodobnie pracuje w firmie Liliany, to robi się troszkę bardziej ciekawie. 
Mam bardzo mieszane uczucia co do tej książki, bo z jednej strony czytało się to bardzo fajnie, miło, w jeden wieczór - lektura lekka, łatwa, babska i przyjemna. Z drugiej strony raczej nie powiem, że to powieść szczególnie ambitna, czy wybitna. Jako czytadło na chłodne wieczory sprawdzi się idealni, ale wyryć w pamięci się raczej już nie zdoła. No i sam watek kryminalny dość słaby. Starała się autorka trochę go podkręcić, ale nie do końca wyszło.

Z plusów- gówna bohaterka nie ucieka na prowincję, tylko zmaga się z życiem i uczuciami w mieście, które rok temu pokochałam bezgranicznie -we Wrocławiu.

Moja ocena 6,5/10

niedziela, 28 grudnia 2014

Maria Nurowska - Sprawa Niny S.

Radca prawny Jerzy Baran zostaje zastrzelony w swoim warszawskim mieszkaniu. Śledztwo prowadzi komisarz Zawadka, doświadczony policjant, wciąż szukający spełnienia zawodowego - zadania, które odmieni jego życie. Instynkt podpowiada mu, że taką sprawą będzie zabójstwo Jerzego B. Do zbrodni przyznaje się była konkubina denata, pisarka Nina S., jednak komisarz nie daje wiary jej wersji wydarzeń. Aby dotrzeć do prawdy, studiuje dziennik pisarki i zeznania jej córek bliźniaczek. Poznaje losy trzech kobiet. Ich pragnienia, lęki i skrywane od lat tajemnice. Wkracza do świata, w którym miłość splata się z podłością, a o uczucie i godność trzeba nieustannie walczyć. To świat, w którym za chwilę nieuwagi i nieostrożności płaci się wysoką cenę. Maria Nurowska po mistrzowsku nawiązuje do gatunku powieści kryminalnej, aby wygłosić pean na cześć miłości między matką a córkami, między siostrą a siostrą. Złemu światu mężczyzn przeciwstawia czuły i delikatny świat kobiet. Toksycznemu uczuciu - doznanie, które wyzwala. Bohaterowie Sprawy Niny S. to postaci tragiczne. Wtłoczone w tryby historii i niebezpiecznych namiętności.


Bardzo lubię Marię Nurowską. Historie przez nią pisane głęboko zapadają w pamięci, zmuszają do refleksji, nie przechodzą a bez echa. Trudno znaleźć na polskim rynku pisarkę podobną do niej. Mimo, że jej najnowsze powieści już nie trzymają takiego poziomu to jednak zawsze mam nadzieję, że wśród tych, których nie czytałam znajdę perełkę.
I dziś moje nadzieje zostały zaspokojone. Książka, którą przeczytałam w jeden dzień, była tą, na którą tak długo czekałam!

W powieści doszukać się można motywów czy elementów z jej poprzednich powieści, a sama fabuła -te części dotyczące życia we dworze-bardzo przypomina "Panny i wdowy". mi to zupełnie nie przeszkadza, chociaż przez innych może być poczytywane jako zarzut.
Ta część obyczajowo-historyczna losy kobiet z tej rodziny na tle przemian w Polsce po II wojnie światowej to zdecydowanie największy atut. Autorka przedstawia nam postacie czterech kobiet z jednej rodziny. Niny - pisarki, której sukces wydawniczy ziścił się bardzo późno. Kobiety, która wcześnie została matką bliźniaczek, którym cale życie nie potrafiła okazać uczuć skrywanych gdzieś w sobie. Wcześnie osierocona przez matkę, żyjąca z despotyczną siostrą Zofią i oderwanym od rzeczywistości ojcem filozofem cale życie podświadomie poszukująca bliskości z mężczyzną . Kiedy w końcu je odnajduje okazuje się, że mężczyzna ten jest oszustem, któremu zakochana kobieta powierza rodzinny dwór i mieszkanie. 
Jej córki Liliana i Gabriela - bliźniaczki pozbawione cieplejszych uczuć ze strony matki, wychowane w miłości wzajemnej. Chociaż każda z nich inna - Lila przebojowa kobieta robiąca karierę w Londynie, matka, która powtórzyła błąd swojej matki- nieplanowanej ciąży, Gabriela - altruistka, zakochana w jednym mężczyźnie; zawsze związane ogromną miłością i oddaniem. Wszystkie potrafią się zjednoczyć w walce o tak lekkomyślnie utracony dom rodzinny.

Bogate, barwne i niejednoznaczene postacie to ogromna zaletą tej powieści. W toku toczącego się śledztwa poznajemy losy rodzinny z perspektywy 3 kobiet. Ich losy, błędy, decyzje pozostają na długo w pamięci.


Sam wątek kryminalny to najsłabsze ogniwo. W pewnym momencie rozwiązanie zagadki staje się już przewidywane. Mimo, że autorka pozostawia czytelnika z nie wszystkimi odpowiedziami, to jednak samo zakończenie trąca ciut banałem. 

Tym niemniej jako fanka autorki pozostaję pod wrażeniem, stąd moja ocena 8,5/10

niedziela, 14 grudnia 2014

Marek Orzechowski - Holandia. Presja depresji



Depresja, tamy, wiatraki, poldery i po horyzont pola tulipanów, tolerancja, pełen luz, sex and drugs… Zapytani o Holandię te skojarzenia wymienimy bez wahania. Taką Holandię chcemy widzieć: nowoczesną, w której wszystko wolno, tętniącą życiem, wielokulturową, zanurzoną w globalnym świecie. I to jest możliwe w każdej chwili. Koninkrijk der Nederlanden, Królestwo Niderlandów, jak oficjalnie się nazywa, nie leży przecież gdzieś daleko. Ale to tylko zewnętrzna warstwa, pisze Marek Orzechowski. Holandie są dwie. Obie pociągające. Jedna, ta wprost z widokówki, druga skryta między wodą i tamami. Inna od innych. Ukształtowana przez naród mistrzowskich budowniczych tam i krajobrazów, śmiałych żeglarzy-odkrywców i bezwzględnych kupców.


Zawsze chciałem odwiedzić Holandię. Fascynowała mnie od dawna, im więcej się dowiadywałem, tym bardziej chciałem jechać. Nie przez chodaki i tulipany, nie przez narkotyki i rowery, ale przez Vermeera, przez wąskie kamieniczki, kanały, burzliwą historię, podboje Nowego Świata, piłkę nożną i wiele innych...


Ale Pan Marek zauważa, że Holandia nie do końca jest taka jaką widzimy z zewnątrz, jaką ma opinię, to raczej świadomy zabieg holendrów, żeby Holandię właśnie tak postrzegać. Jaka jest naprawdę - zdradzać nie będę, bo musiałbym zacytować całą książkę. Powiem tylko, że pierwsze co mnie uderzyło, to niesamowity wysiłek związany z utrzymaniem kraju "suchym". Wszyscy wiedzą, że Holandia jest wydarta morzu i na każdym kroku presja wody przytłacza. Każdy wie ile i jakie pale stanowią podstawę każdego budynku. Każdy wie jak dotrzeć na wybrane miejsce kierując się zapachem kanałów.

Holandia okazuje się nie taka jaką ją sobie wyobrażałem, pełna wewnętrznych różnic - jak sam autor opowiada, w zależności z której strony wjeżdża się do kraju, poznaje się inną Holandię...

Niesamowita wiedza autora pozwala poznać genezę tego czym ten kraj się stał, jak i dlaczego, począwszy od wydzierania wodzie lądu aż do Dzielnicy Czerwonych Latarni.

Po lekturze nie pozostaje mi nic innego jak wybrać sie w podróż i zweryfikować to co przeczytałem z rzeczywistością.

czwartek, 11 grudnia 2014

Anne Berest, Audrey Diwan, Caroline de Maigret, Sophie Mas - Bądź paryżanką gdziekolwiek jesteś

Cztery oszałamiająco piękne i świetnie wykształcone Francuzki tłumaczą: co tak naprawdę znaczy być paryżanką.
Te niezwykle utalentowane i ekscentryczne kobiety, robiące karierę w świecie muzyki, filmu, mody i w branży wydawniczej, są niezwykle szczere i otwarte, gdy rozprawiają się ze stereotypami dotyczącymi współczesnych Francuzek. Zdradzając nam swoje sekrety i wady, naśmiewają się także ze swych skomplikowanych, często sprzecznych uczuć i zachowań. Przyznają, że są snobkami, nieco egocentrycznymi i nieprzewidywalnymi, co jednak nie znaczy, że nie można na nich polegać. Bywają apodyktyczne i zadufane w sobie, lecz potrafią być także czułe i romantyczne.


Jak zachowują się na pierwszej randce, na imprezie, na kacu, gdzie są ich ulubione lokale i zakątki Paryża? Co robią na wsi? Jak przygotowują kolacje pełne kulinarnych tricków, dzięki którym goście mają myśleć, że przyrządzenie wykwintnych dań było łatwe. Nauczą nas, jak być tajemniczymi i zmysłowymi kobietami, jak wyglądać naturalnie i jak wzbudzić zazdrość u swoich partnerów; powiedzą nam też, co sądzą na temat dzieci, ślubów i chodzenia na siłownię. Wskażą, gdzie w Paryżu pójść: na after-party, na elegancką randkę i po znaleziska w stylu vintage.





Każda z nas chyba gdzie podświadomie marzy o tym, żeby być Paryżanką-uosobieniem piękna i zmysłowości. Być kobietą, za którą wszyscy oglądają się na ulicy...I o takich właśnie kobietach jest ta książka. Książka, którą można przeczytać jednym tchem, ale można się nią rozkoszować, dozując sobie obrazy z magicznego świata piękna i zmysłowości.Ja akurat raczej z konieczności przeczytałam ją w kilka wieczorów. Były to miłe wieczory, które strona po stronie ukazywały prawdziwy obraz Paryżanek-często tak inny od naszych wyobrażeń, czy oczekiwań. 
Jeżeli potratować ta książkę jako klasyczny poradnik - to moim zdaniem tu sie nie obroni, bo takim 100% poradnikiem na pewno nie jest. Dlatego te panie, które oczekują opasłego tomu praktycznych rad, jak zostać Paryżanką w zaledwie kilka dni, będą rozczarowane.
Jeżeli natomiast potraktujemy to jako krótką wizytę w paryskim mieszkaniu naszej francuskiej znajomej będziemy dużo bardziej zadowolone.
Chociaż muszę przyznać, że są w tej książce mniej i bardziej udane rozdziały. Może to kwestia tego, że mamy tu do czynienia z różnymi autorkami? Ciężko stwierdzić, bo nie wiem która z pań poczyniła który z nich. Tym niemniej obraz wyrachowanej Francuski przebijający się z kilku obrazów chyba nie do końca mi sie podoba. Ale jak wiadomo kobiety różne są. 
Obrazy, które namalowały w mojej głowie autorki zapewniły mi kilka miłych wieczorów spędzonych z może trochę roztrzepaną, patrzącą na życie i siebie z przymrużeniem oka Paryżanką, z którą chętnie zjadłabym naleśniki z podanego w książce przepisu (taki fajny dodatek na dopełnienie całości!). 
Dawno nie miałam w rękach książki aż tak klimatycznej. Wizualnie perełka nad perełkami! Wszytko wyszukane, piękne, dobrze skomponowane i cieszące oczy.
Przeglądać kolejne strony ze zdjęciami mogłabym bez końca. 
Chociaż niestety mam wrażenie, że forma tutaj trochę przewyższyła treść. Ta mimo, że interesująca to taka nie na sto procent. Czegoś mi zabrakło, jakiegoś wykończenia, kropki nad "i". Tym niemniej książka warta sięgnięcia po nią-bo jest niewątpliwie inna niż większość na rynku.

Moja ocena 7,5/10

Moja ulubiona strona poniżej:


poniedziałek, 8 grudnia 2014

Małgorzata Kalicińska - Życie ma smak

Opowiadania o biebrzańskim rozlewisku, o podróżach na koniec świata, nieoczekiwanych powrotach i jedzeniu. Okraszone wspaniałymi przepisami na pachnący koperkiem chłodnik, pyszną zupę migdałową i cytrynową, oraz inne aromatyczne zupy i buliony.




Opowieści o życiu, o tym jak ważne są wspomnienia i jak pouczające bywają podróże. Adela nad biebrzańskim rozlewiskiem, tajemniczy mężczyzna na ławce w Parku Skaryszewskim, zupa pomidorowa przygotowywana na werandzie, spotkanie dwojga samotnych ludzi, których połączyła nieuchwytna więź, dom nad potokiem do którego wraca syn…Małgorzata Kalicińska zaprasza nas do świata zlepionego z fragmentów historii kilku osób. Każda z nich zostaje przyłapana na krótki moment, niczym w fotograficznym kadrze. Wszystkie historie łączy jedno – jedzenie. Parujące kremowe zupy, które rozgrzewają, lekkie aromatyczne chłodniki na gorące dni i smaki dzieciństwa, które przywołują na twarzy uśmiech. To wszystko znajdziecie w tym wyjątkowym zbiorze opowiadań, okraszonym wspaniałymi przepisami.



Bardzo lubię tą autorkę, tak po prostu. Nawet przez chwile zastanawiałam się, czy nie kupić sobie tej książki, ale ostatecznie się nie zdecydowałam. I jak się okazało całe szczęście.

Opowiadania, czy felietony nie są moją ulubioną formą, chociaż udało mi się już znaleźć kilka perełek, które mnie jednak zachwyciły.

Tutaj jednak tak się nie stało. Książka podzielona jest na kilkanaście rozdziałów, z których każdy z nich dotyczy innego wydarzenia czy wspomnienia. Większość z nich przebrzmiewa sentymentem za minionym czasem, często kojarzonym z konkretnym smakiem czy potrawą, która pojawia się we wspomnieniu.

W zalewie dostępnych na rynku książek kucharskich, mnogości blogów poświęconych kulinariom książka, wprawdzie przyjemna w odbiorze, zupełnie nic wnosi dla mnie w zakresie odkrywania nowych smaków- a mistrzynią kuchni przesadną nie jestem. Ot po prostu okazała się być pozycją mało wybitną. Na tle innych –chociażby najnowszej książki Agnieszki Maciąg (której recenzja wkrótce) jest po prostu nijaka.  Jedyne z przepisów, które mnie zaciekawiły to te na słodkie zupy-być może wypróbuję któreś z nich.
Ciężko mi nawet określić, dla kogo jest ta książka. Myślę, że to pozycja dla fanek twórczości autorki – ale tych naprawdę wiernych. Ci, którzy oczekują historii na miarę poprzednich powieści pani Małgorzaty będą rozczarowani, bo przedstawione historie to zaledwie krótkie epizody, nic więcej.


Moja ocena 4/10

niedziela, 7 grudnia 2014

Anna Ficner-Ogonowska - Szczęście w cichą noc


Wieczór wigilijny, za oknem cisza. Pada śnieg, dom pachnie piernikiem i goździkami, na stole dodatkowe nakrycie, może zaraz ktoś przyjdzie...
To wszystko znajdziecie w najnowszej książce Anny Ficner-Ogonowskiej.




Hania pragnie spędzić wigilię z najbliższymi osobami w swym rodzinnym domu. Chce, by było jak dawniej... Zapowiada się wspaniały czas, pełen miłości, mądrych rozmów, rozkochanych spojrzeń i wyśmienitych dań.

Lektura tej magicznej opowieści, w której tradycja staje się jedną z bohaterek, z pewnością rozgrzeje serca i sprawi, że te Święta, choć obchodzone zimą, będą ciepłe i prawdziwie wyjątkowe.

Idealna książka do czytania w bożonarodzeniowy wieczór; doskonały prezent pod choinkę.



Byłam bardzo ciekawa jak i czy w ogóle autorka może mnie zaskoczyć książką o objętości 140 stron. Ale w związku z tematyką jakże adekwatną teraz i zachęcającą okładką postanowiłam nie nastawiać się negatywnie przed lekturą.
Jak nietrudno się domyśleć fajerwerków się nie doczekałam - bo czego oczekiwać po kolejnej książce z serii, której dotychczasowe tomy były zachęcająco obszerne, a ta kończy się zanim dobrze się zaczęła. Akcja toczy się zaledwie w ciągu kilku przedświątecznych dni i dotyczy przygotowań przedświątecznych Hanki i jej najbliższych. Gdyby to był element większej całości byłoby ok, a tak to była to po prostu namiastka kolejnego odcinka, który okazał się być tylko epizodem.
Klimat przyjemny – świąteczne oczekiwanie, prezenty, nastrój radości dodatkowo wzmocniony oczekiwaniem na dziecko, którego spodziewa się Hanka i Mikołaj. Taki powrót do znanej nam rzeczywistości z poprzednich powieści autorki. To w zasadzie jedyny plus. Nie wyobrażam sobie na pewno czytania tego tomu bez znajomości poprzednich-wtedy już w ogóle lektura w moim odczuciu traci na wartości.
O ile w poprzednich tomach brakowało mi na końcu książek jakiegoś zestawienia przepisów zawartych w powieści tak tutaj mile byłam zaskoczona – przepisy na potrawy wigilijne znalazły się jako dodatek. Może spodziewałam się po nich większej innowacyjności, to jednak dobrze, że pojawiły się w ogóle.

Za duże rozczarowanie, przerost formy nad treścią i większe nadzieje niż rzeczywistość wystawiam ocenę 3,5/10

środa, 19 listopada 2014

Robert Ostaszewski, Violetta Sajkiewicz - Sierpniowe kumaki

Nadmorski kryminał śląsko-krakowskiego duetu. Trochę szaleństwa, ponętne plażowiczki, lokalne tajemnice i szemrane interesy. A dla miłośników kryminałów smaczna niespodzianka!

Nie tak miał wyglądać schyłek sierpnia. Nadkomisarz Edmund Polański - jeden z najlepszych śledczych w kraju - pędzi na Półwysep Helski, poważnie narażając się energicznej małżonce. Jego podwładny, trochę niesforny, lecz sympatyczny podkomisarz Adam Tyszka, podczas kilkudniowego urlopu wpakował się w nie lada kabałę i siedzi w areszcie oskarżony o... morderstwo. W tym samym czasie ktoś taranuje samochód wszędobylskiej ekolożki, zostaje porwana córka miejscowego krezusa, a pewna turystka znika bez śladu. Coś niedobrego dzieje się z rybami, ale o tym rybacy milczą jak zaklęci. 
Lokalni policjanci niechętnie patrzą na Polańskiego, który postanawia pomóc nieudolnym kolegom rozwikłać mnożące się zagadki. Oczywiście, gdyby ktoś pytał - nigdy go tam nie było!


Zawsze jestem bardzo ciekawa rodzimych autorów kryminałów. Dlaczego? Niezmiennie ciekawi mnie, czy znajdę perełkę mogącą dorównać zagranicznym bestsellerom.
Tutaj może perełki nie odkryłam, ale książka pozytywnie mnie zaskoczyła i bardzo przyjemnie się ją czytało.

Klimat powieście troszkę przypominał oglądany przeze mnie ostatnio polski serial kryminalny pokazywany w AXN - "Zbrodnia". Też mamy trupy, tajemnicę, polska policję w akcji, jednak powieść okazała się dużo lepsza.
No i policjanci, których autorzy wprowadzili do powieści też bardziej interesujący. To, co mi się podobało, to fakt, że oprócz tajemnicy, rozwikłania zagadki, coraz to nowych trupów wiele się dzieje poza głównymi wątkami. Każdy z bohaterów odsłania nam fragment swojego zycia codziennego, problemów, kłopotów itp. Jak się okazuje, w większości przypadków będą one nawet i pośrednio pomocne w rozwiązaniu zagadki, ale mimo tego nie wysuwają się na pierwszy plan, a ta wielowątkowość tutaj sprawdza się idealnie, urozmaicając lekturę.
Dobra narracja, dużo zwrotów akcji, ciekawy pomysł na zagadkę i jej rozwiązanie, nietuzinkowe postacie, szczypta humoru-wszystko to sprawiło, że lektura okazała się sporą przyjemnością no i do tego akcja rozgrywa się u nas, wszystko jest łatwiej wyobrażane, znane, po prostu nasze.

Miła lektura, chodź bez fajerwerków stąd moja ocena 7/10





poniedziałek, 17 listopada 2014

Iwona Menzel - W poszukiwaniu zapachu snów

Europa między Wschodem a Zachodem, początek burzliwych lat dziewięćdziesiątych. W Polsce zostaje obalona komuna, w Berlinie pada mur, droga do zjednoczenia Niemiec staje otworem. Na Bałkanach ziemia zaczyna nasiąkać bratnią krwią.



Między Niemcami i Polską krąży niestrudzenie matka dziesięcioletniego Jana, która od lat w Niemczech wychowuje samotnie syna.Z zapartym tchem obserwuje dramatyczny rozwój wydarzeń i heroiczne wysiłki swojej polskiej rodziny, która chwyta się każdego sposobu, żeby uratować przed ostateczną zagładą podupadły majątek.W przypływie szaleńczej odwagi matka Jana spełnia marzenie swojego dzieciństwa i kupuje konia. Marzenia nie spełniają się jednak bezkarnie: Lukrecja okazuje się wierzchowcem wyjątkowo krnąbrnym, nad związkiem bohaterki z ukochanym Joshem coraz bardziej ciąży cień jego byłej żony, a niepokojące nocne telefony rabują jej resztki snu. Euforia zjednoczeniowa mija szybko, kwitnące krajobrazy w nowych landach kwitną nie dla każdego i powoli powraca cicha tęsknota za dobrymi, starymi czasami.

Iwona Menzel to autorka znana mi już wcześniej - jej wcześniejsze, czy raczej  , powieści bardzo mi się podobały. Dlatego z ogromną przyjemnością sięgnęłam po powieść, którą debiutowała.
Spodziewałam się dużo, zwłaszcza że miała się ona rozgrywać w czasach, o których zawsze z chęcią czytam, czasach, o których lata temu pisałam swoją pracę magisterską.

Książka niestety bardzo mnie rozczarowała. Przede wszystkim przytłoczyła mnie mnogość wątków i postaci, które na swojej drodze spotyka bohaterka. Ich ogrom spowodował tak naprawdę, że większość z nich została potraktowana dość powierzchownie, jakby żaden z nich nie zasługiwał na większą uwagę. Wiele osób, ich historii, często krótko wspominanych-zaledwie kilka akapitów, czy zdań powodowało dla mnie pewien chaos czytelniczy - 3 strony o Maxie, 2 strony o Kasi, potem wzmianka o Bośniaku, który pojawia się na jedno popołudnie, żeby znów zaraz zniknąć. Ubarwienie akcji poprzez nagromadzenie dużej ilości bohaterów, niestety w większości mało wyrazistych, po prostu się nie udało...
Niestety rozczarowała mnie również część poświęcona czasom, w którym akcja się rozgrywa. Owszem są wzmianki, są one ciekawe, czytałam je z dużym zainteresowaniem i przyjemnością, ale było mi tego zdecydowanie za mało na tle perypetii głównej bohaterki. Myślę, ze to jednak moje duże oczekiwania spowodowały to rozczarowanie ;)

Bardzo podobała mi się perspektywa  akcji - z punktu widzenia Polki, która osiadła w Niemczech - jak ona widzi swój stary i nowy kraj, przemiany w nich zachodzące, konfrontuje mentalność ludzi, tradycje i sposób życia. Bardzo ciekawe z punktu widzenia dawnej studentki niemcoznawstwa!


Moja ocena 7/10 

Myślę, że dla lepszej lektury, przynajmniej dla mnie, z części zwrotów z innych języków, przy tak dużym ich nagromadzeniu, można byłoby zrezygnować. Ciągłe zerkanie na dół strony męczy, mimo, że ja te po niemiecku rozumiałam bez problemu.

środa, 12 listopada 2014

Małgorzata Musierowicz - Wnuczka do orzechów

Co się dzieje z Jeżycami?




Kim jest ta dziewczyna?

I dlaczego Józef Pałys stracił dla niej głowę?
Kolejny tom "Jeżycjady"- jak zwykle wesoły, liryczny i krzepiący









Są takie książki, przy których trudno zdobyć mi się na obiektywizm. Po prostu je lubię, nawet bardzo. Zawsze wyczekuję na kolejny tom z utęsknieniem i pomimo przewidywalności, niedociągnięć, czy nawet pewnej oczywistości czytam i czytam, wracam i wracam...
Bo mi z nimi dobrze, bo tam się odnajduję. A atmosfera towarzysząca lekturze nie zmienia się, mimo, że to już 20. tom.
Tym razem wraz z Borejkami przenosimy się na wieś, w okolice Kostrzyna, gdzie w domu Pulpy i Floriana od upalnego lata w mieście chronią się prawie wszyscy członkowie rodziny.
Prawie, bo Ida ze skręconą nogą ląduje całkiem niedaleko - gospodarstwie agroturystycznym prowadzonym przez dwie starsze panie i ich wnuczkę Dorotę. Pokłócona z mężem i synem, strzelając prawdziwego focha ukrywa się przed światem i jak się okazuje pomagając innym sama wraca do pewnej równowagi. Ściąga do siebie również przeżywającego miłosny zawód Igasia, który pomimo niechęci do wszystkiego, co wiejskie powoli odnajduje się w sielankowej rzeczywistości. Pomaga mu w tym, trochę na przekór, Dorota. Która jak się okazuje temperamentem i poukładaniem życiowym idealnie pasuje do niepotrafiącej usiedzieć bezczynnie w miejscu Gabrysi. Jednak los postawił jej na drodze Idę oraz jej syna...Co wyniknie ze spotkania Józinka i Doroty? Przekonajcie się sami.

Może książka szczególnie odkrywcza nie jest, akcja jest czasem dość przewidywalna, to do Borejków zawsze miło mi się wraca, a pewne rzeczy niezmienne jak miłość seniora rodu do kubka z krasnalem, dają gwarancje przyjemnie spędzonego popołudnia. 

Idealna lektura na jesienne wieczory. Moja nieobiektywna ocena to 7,5/10

wtorek, 4 listopada 2014

Jodi Picoult - To, co zostało

Czy można wybaczyć niewybaczalne? Najbardziej poruszająca powieść Jodi Picoult!

Ludzie doznają różnych strat, wielkich i małych. Można stracić kolejkę, cnotę, pracę. Głowę, serce albo rozum. Można stracić dom na rzecz banku, patrzeć, jak dziecko wyjeżdża na stałe na drugi kontynent, a mąż popada w demencję. Strata to nie tylko śmierć, a żal ma wiele postaci.

Osamotniona Sage Singer, zrozpaczona po śmierci matki, zaprzyjaźnia się ze starszym panem, ulubieńcem lokalnej społeczności, emerytowanym nauczycielem. Pewnego dnia Josef prosi ją o nietypową przysługę: chciałby, aby pomogła mu umrzeć. Wyznaje, że nie jest tym, za kogo przez wiele lat się podawał. Mężczyzna skrywa straszną tajemnicę z przeszłości, sięgającą czasów II wojny światowej i masowych mordów na ludności żydowskiej. Czy Sage zgodzi się mu pomóc? Czym będzie wówczas jej czyn: aktem miłosierdzia wobec drugiego człowieka czy wymierzeniem sprawiedliwości bezwzględnemu naziście? Czy ma do tego prawo?


Jakiś czas temu usłyszałam od znajomej, że nie odpuści dopóki nie zdobędzie i nie przeczyta wszystkich książek Jodi Picoult. Zaintrygowana sięgnęłam więc po książkę, którą udało mi się upolować w bibliotece 
Pierwsze wrażenie było niezbyt pozytywne - na kartkach powieści poznajemy Sage - kobietę niepoukładaną emocjonalnie, uwikłaną w chory związek, nie radzącą sobie z życiem...Powiedziałabym, że nawet irytującą! Początek wydawał się być niczym historia z kiepskiej powieści dla amerykanek. W mojej głowie pojawiło się pytanie - gdzie ten zachwyt, o którym wszyscy dookoła mówią??
Tymczasem w powieści ppojawiasię Minka - babcia Sage, która dzięki namowom wnuczki i współpracującego z nią agenta federalnego Leo - zdecydowała się po latach na opowiedzenie swojej historii. Historia ta zaczyna się w Łodzi (moim mieście!), gdzie Minka mieszka wraz z rodziną. Wszystko zmienia się wraz z wybuchem wojny. Więcej o fabule historycznej pisać nie będę, żeby nie odkrywać za dużo przed tymi, którzy jeszcze tej książki nie czytali. Powiem tylko tyle, że nie mogłam się oderwać,a nie pamiętam kiedy zdarzyło mi się to ostatnio przy powieści obyczajowej.
Z racji tego, że mieszkam niedaleko Łodzi opowieść o tym mieście z lat wojennych była tym cenniejsza dla mnie, mimo, że opowiedziana przez zagraniczną autorkę-co jeżeli chodzi o wiarygodność nie zdarza się często. Nie wiem tylko, czy podobała mi się jednoznaczna ocena wszystkich Polaków jako, tych, którzy wydawali Żydów i im w żaden sposób nie pomagali. 

Od momentu opowiedzenia przez Minkę jej historii również akcja dziejąca się współcześnie zyskuje na wartości - wszystko, co spotyka Sage i Josefa zaczyna mieć głębszy sens, a perspektywa wydarzeń sprzed 60 lat daje wyraźniejszy obraz ich losów. Całe szczęście Sage w pewnym momencie zbiera się na odwagę zmierzenia się z własnym życiem, co nie ukrywam bardzo mi się spodobało.

Najlepsze jednak czeka nas na koniec - samo zakończenie to majstersztyk! Idealne zwieńczenie cudownej powieści. Powieści, która zmusza do refleksji, zastanowienia... Powieści, która mówi o nadziei, tak po prostu, a jednocześnie w takim skomplikowanym wydaniu.  Nie sądziłam, że taka opowieść jest w stanie mnie tak poruszyć. Jestem pod ogromnym wrażeniem.
Z pewnością sięgnę po kolejną powieść tej autorki.

Moja ocena 9,5/10


poniedziałek, 3 listopada 2014

Jacek Getner - Pan Przypadek i korpoludki

Pan Przypadek i korpoludki” to już trzeci tom przygód rodzimego detektywa geniusza. Tytułowy bohater, Jacek Przypadek, trochę romantyk, bardziej cynik, ponownie musi rozwiązać trzy niecodzienne zagadki. Wszystkie one dzieją się w świecie pracowników wielkich międzynarodowych korporacji. Pierwsza ze spraw nosi kryptonim „Morderstwo w Orient Espresso” i opowiada o tytułowym zabójstwie dokonanym w modnej kafejce serwującej ulubione przez korpoludków sushi. Druga zagadka, „Zbrodniarz i kara”, to historia największej zbrodni, jaką można sobie wyobrazić w świecie korporacji. Ponieważ jednak zbrodni tej nie przewiduje kodeks karny, firma musi wynająć do jej wyjaśnienia detektywa Przypadka. W ostatniej sprawie, „Moralności pana Julskiego”, Jacek musi z kolei odnaleźć złodzieja, który okradł… złodzieja.



Przy rozwiązywaniu tych zagadek Przypadek przysporzy sobie jak zwykle mnóstwa wielu wrogów. W tle będzie się wciąż czaił największy z nich, złowrogi Klempuch, szykujący dla niego szczególną niespodziankę. Chociaż tym razem Jacka zaskoczy najbardziej samo życie…
Więcej o bohaterze można dowiedzieć się z jego bloga znajdującego się pod adresem www.panprzypadek.blogspot.com






Jak wielu z nas - w tym i ja niestety - wie, że życie w korporacji jest specyficzne, momentami aż za bardzo, a ich pracownicy dzielą się na różne kategorie. Z uwagi na to, że korpoludki znane mi są aż za dobrze, z dużym zainteresowaniem sięgnęłam po kolejną powieść o przygodach Jacka Przypadka, który tym razem miał się zmierzyć z zagadkami niemal z mojego podwórka.

Muszę przyznać, że autor wyodrębnił w każdej z tych historii tylko skrajnie dziwne czy też tendencyjne przykłady pracowników wielkich koncernów. Może miało to na celu uwypuklenie negatywnych cech? Nie wiem, ale dla osoby, która nigdy w tego rodzaju firmie nie pracowała będzie to obraz dość jednostronny, tym niemniej znając autora wiadomo, że jednak będzie to obraz z przymrużeniem oka. I całe szczęście. Gdyby wszyscy pracownicy mieli takie problemy to zapotrzebowanie na Jacków Przypadków byłoby ogromne. Absurdalność problemów i sposób życia oraz bycia tych ludzi zmusza do refleksji, jak daleko  są oni w stanie podporządkować wszystko układom w pracy, chorej ambicji i często grze pozorów, w której zaczynają się czy to gubić, czy wciągać w nią członków swoich rodzin.

To co najbardziej podobało mi się tym razem to w końcu duże zmiany w wątkach, które towarzyszą nam od początku serii. W życiu większości bohaterów, których poznaliśmy wcześniej, w tym samego Jacka Przypadka, zachodzą zmiany, dokonują się przełomy, które zaskakują zarówno ich samych  jak i czytelników. A nawet jak się okazuje sam główny bohater zaczyna rozważać związanie się z kimś na stałe... Zupelne zaskoczenie! Ale to, co ucieszyło mnie najbardziej to szykujące się zmiany w życiu jego przyjaciela Błażeja - który z boga seksu gawędziarza dzięki mocy plotek w oczach wielu kobiet zaczyna być nim naprawdę. Z niecierpliwością czekam na kolejny tom, który mam nadzieje przyniesie tyle zmian i tyle razy mnie zaskoczy jak ten, który właśnie skończyłam.
Przecież nawet sam Jacek Przypadek w ostatniej scenie powieści dowiaduje się jednak, że nie wszyscy są tak przewidywalni jak dotąd uważał...

Moja ocena 7,5/10 



Myślę, jednak, że osobom, które zaczną czytać serię od tej powieści ciężko będzie się odnaleźć.

poniedziałek, 27 października 2014

Paul Sussman - Tajemnica światyni

Detektyw Yusuf Khalifa pracuje w luksorskiej dochodzeniówce i nie czuje się zbytnio zrealizowany. Wszystko się zmienia gdy tuż obok piramidy Cheopsa zostają odnalezione zwłoki jednego z miejscowych bogaczy, Pieta Jansena. W domu denata Khalifa odkrywa nielegalne muzeum sztuki. Prowadzi pełne niespodzianek śledztwo, by odkryć że Jansen naprawdę nazywał się Hoth i był dumnym z siebie nazistą. Równocześnie Layla Al-Madani, palestyńska dziennikarka otrzymuje list oferujący zaszyfrowaną wiadomość w zamian za skontaktowanie się z jednym z palestyńskich terrorystów, Al-Mulathamem. List traktuje o niedawno przeniesionym skarbie, a ze sprawą najwyraźniej związani byli także... naziści. Layla odkrywa, prowadząc własne śledztwo, że z Jerozolimy wyniesiono jeden z żydowskich skarbów, pierwszą menorę, zbudowaną dla Jahwe przez kowala Bezalela, pokazującą czystą moc Boga.





Kiedy przeczytałam opis tej książki miałam wrażenie, że już ją czytałam, temat też znany, a połączenie historii starożytnej z historią z II wojny światowej i współczesnością to już zabieg zbyt często powtarzany, żeby mógł mnie zaskoczyć czymś nowym, czy nieoczekiwanym.

I mimo, że rzeczywiście lektura nie okazała się przełomowa, to spędziłam z nią całkiem miłe popołudnie i wieczór. Akcję można, według mnie podzielić na 3 części - 1. droga do rozwikłania zagadki - zdecydowanie najlepsza, z dużą ilością zwrotów i dobrym tempem, 2 - droga po tajemniczy skarb - dość nudna i przewidywalna oraz 3 - zakończenie, w którym to niektóre odkrycia okazały się być zaskakujące, a niektóre ciut przerysowane czy nawet tandetne w swym mistycyzmie.

To, co mi się podobało najbardziej to ujęcie problemu z dwóch perspektyw - izraelskiej i palestyńskiej, czy może lepsze określenie w tym wypadku to arabskiej, bo mamy tutaj również do czynienia z Egipcjanami. Bardzo ciekawa konfrontacja, bo ja się okazuje - to co dla naszych bohaterów jest czarne czy białe, okazać się może zupełnie inną barwą, a prawda ukryta jest gdzieś po środku. Ludzie, którzy wydają się nam sprzyjać to tak naprawdę zakamuflowani wrogowie. Z takiej perspektywy była to ciekawa lektura. Chociaż zapatrywanie autora na możliwości kompromisu i sposób zażegnania konfliktu uważam za zbyt idealistyczne - opracowanie nowej mapy drogowej przez odizolowanych na pustyni przywódców obu narodów - to dwie płaszczyzny oglądu tej samej akcji to ciekawy zabieg.
Duży plus, że autor zwrócił uwagę na okrywanie prawdy o obozach koncentracyjnych - tutaj o Oświęcimiu. Możemy przeczytać o tym, jak ktoś, kto wcześniej niewiele o nich wiedział, poznaje całą prawdę z relacji osób, które to przeżyły. Wstrząsające i inne. Skłaniające do refleksji nad prawdą historyczną, sposobami jej przekazywania i rolą propagandy i polityki informacyjnej.

Moja ocena 6,5/10


czwartek, 23 października 2014

Hanna Cygler - Grecka mozaika

"Korfu, lato 2010 roku. Spokój Jannisa Kassalisa mąci pojawienie się tajemniczej, młodej Polki. Dziewczyna ma podstawy podejrzewać, że jest jego córką... Choć obojgu trudno odnaleźć się w nowej sytuacji, po przełamaniu początkowej nieufności nawiązuje się między nimi nić porozumienia. Jannis stopniowo wyjawia Ninie swą przeszłość i kolejne rodzinne tajemnice. Co wyniknie z tego niezwykłego spotkania? Przeznaczenie bywa przewrotne i wiedzą o tym zwłaszcza Grecy...


Hanna Cygler zaprasza czytelnika na kolejną pasjonującą przygodę, podczas której na przestrzeni lat przemierzy Grecję i Bieszczady, Kraków, Gdańsk, Londyn i Nowy Jork. Przygodę, w której wątki historyczne splecione będą z miłosnymi i sensacyjnymi, a z bohaterami jak zwykle trudno się będzie rozstać."

Bardzo lubię powieści Hanny Cygler. Pośród innych dostępnych na rynku powieści obyczajowych dla kobiet odróżniają się tym, że są o czymś. Owszem jest w nich wątek miłosny, damsko-męski, jakieś perypetie itp., ale nie dominuje on nigdy, Ważne jest to, co dzieje się wokoło niego.
Tak jest też i w tym przypadku. Jako, że niedawno wróciliśmy z wakacji spędzonych na jednej z greckich wysp z chęcią sięgnęłam - zwłaszcza, że aura za oknem do przyjemnych nie należy - po książkę obiecującą ciepło, słońce i choć trochę wspomnień.

To nie jest pierwsza książka tej autorki, którą przeczytałam ale pierwsza, w której splata się tyle wątków i pierwsza, w której historia odgrywa tak ogromną rolę. Muszę przyznać, że jeżeli chodzi o historie Grecji XX wieku to wiedziałam o niej niewiele, dzięki lekturze powieści dowiedziałam się całkiem sporo, a przede wszystkim dowiedziałam się, jak żyli Grecy w Polsce, ci zmuszeni do ucieczki z własnego kraju po II wojnie światowej. Zarówno ten okres, jak i czas wojny widziany z perspektywy Greków był zdecydowanie najciekawszy dla mnie. Może dlatego, że nie czytałam wcześniej nic dotyczącego tej tematyki. Ciekawostką były również czasy studenckie Jannisa, handel walutą, szemrane interesy a w końcu życie z perspektywy marynarza.

Na tle tych wydarzeń, przy mnogości wątków i postaci historia współczesna - poszukiwanie prawdy i rodziny przez Ninę, budowanie przyjaźni z Jannisem, jej życie na Korfu wypadają trochę blado. Zdecydowanie wątki rozgrywające sie wcześniej są ciekawsze.

To, co przeszkadzało mi w lekturze to ciągłe przeskakiwanie pomiędzy wątkami, latami, w których rozgrywa się równolegle akcja. O ile na początku było to ciekawe, tak jak układanie kolejnych elementów puzzli to już pod koniec stało się po prostu męczące.

Moja ocena to 7/10




środa, 22 października 2014

Marta Obuch - Szajba na peronie 5

Odkąd pamiętam fascynowały mnie podróże w czasie. W zasadzie odkąd przeczytałam powieść „Małgosia contra Małgosia” ;) Do tego z niezmiennym sentymentem czytam książki, których akcja dzieje się w dwudziestoleciu międzywojennym. Ten okres mnie fascynuje – kultura, ubrania  i historia tej epoki należą do moich. Dlatego zarówno produkcje – jak chociażby Allenowski film „O północy w Paryżu” , czy powieści, których akcja rozgrywa się w dwudziestoleciu międzywojennym bardzo mnie ciekawią.

Do tego od jakiegoś czasu miałam ogromną ochotę na powieść Marty Obuch, więc propozycja recenzji jej przedpremierowej powieści ucieszyła mnie ogromnie.

„Zosia jest rozczarowana swoim nieciekawym życiem. Czuje się stara, gruba i samotna, wręcz oddałaby wszystko, żeby mieć znowu dwadzieścia lat. Marzenia spełniają się, kiedy wypija butelkę wina z roku 1929 i wraz ze swoimi znajomymi przenosi się w czasie do przedwojennych Katowic. Szanowana pani doktor literatury to teraz Czarna Zośka, szefowa bandy rzezimieszków, która okrada majętnych Niemców. Jej zadaniem jest uwodzenie i typowanie mężczyzn. A ponieważ do niemieckich willi trzeba się włamywać, jej siostra, Danka, musi się nauczyć wielu zaskakujących rzeczy jak choćby chodzenia po gzymsie. Problem pojawia się, kiedy niejaki Mirek Mędrzycki, który również zajmuje się złodziejskim fachem, rzuca Czarnej Zośce wyzwanie. Gra toczy się o dużą stawkę, bo Zosia jednocześnie próbuje rozwikłać tajemnicę rodziną. Dotyczy ona pierwszego burmistrza Katowic, Louisa Diebla, który ograbił kasę miejską i uciekł z pieniędzmi za ocean. A może nie zabrał ze sobą wszystkiego? Odpowiedź kryje się w podziemnych korytarzach i tunelach, które do dziś ciągną się pod miastem.”




Moja recenzja mogłaby tak naprawdę ograniczyć się do jednego zdania – kocham takie powieści!! Na polskim rynku wydawniczym przydałoby się więcej takich pozycji, wtedy określenie "polska literatura kobieca" miałaby całkiem inny wymiar. W końcu - co udowadnia autorka - przenosić można się nie tylko na Mazury, czy w Sudety, można i 90 lat wstecz!

Spędziłam z tą książką 2 bardzo przyjemne wieczory i aż żal było mi się z nią rozstawać.

Co mnie urzekło? Przede wszystkim ogromne poczucie humoru ze sporą dawką ironii – taki humor jak u Chmielewskiej w jej najlepszych czasach. Dwie główne bohaterki Zofia i Danusia to mistrzynie ciętej riposty w dobrym stylu, a ich perypetie i przygody same prowokują do śmiechu. Po przeczytaniu  kilkunastu stron nie zdziwił nie nawet spacer Danusi ze świną na smyczy – o północy przez Katowice  nie był w stanie mnie zdziwić.


Zaskoczona byłam również obrazem Katowic z tego okresu. Mimo, że nie znam dobrze tego miasta, po przeczytaniu tej powieści maiłam chęć na wizytę na Śląsku. Do tego zdziwiona byłam dużą dbałością o szczegóły historyczne - mnóstwo szczegółów i detali uwiarygodniało całą opowieść. Z chęcią sięgnęłabym po kilka pozycji wspomnianych przez autorkę w bibliografii, mimo, że z reguły takich pozycji unikam, co świadczy o tym, że Pani Marta naprawdę mnie zaciekawiła!

Sama zagadka –poszukiwanie przodków oraz złota przez nich ukrytego to temat dość powszechnie stosowany przez autorów. Gdyby cala akcja pozbawiona była dodatków w postaci wspomnianego humoru, nietuzinkowych, choć zwyczajnych postaci oraz dobrego pomysłu z przeniesieniem w czasie, wtedy całość byłaby dość szablonowa i przewidywalna. Tak się jednak nie stało. I całe szczęście.


Zakończenie – mimo, że dużym zaskoczeniem nie było,  to pozostawiło czytelnika ze sporym niedosytem, bo jednak nie na wszystkie pytania dostaliśmy odpowiedź! Czy będzie ciąg dalszy Pani Marto?

Jedyne, co tak naprawdę mi się nie podobało to słownictwo – w kilku miejscach było wyjątkowo niewyszukane ;) na tle całości trochę raziło. Przynajmniej mnie.

Tym niemniej moja ocena to 8,5/10

środa, 8 października 2014

Ewa Stachniak - Ogród Afrodyty

Niezwykła historia życia Zofii Potockiej, najpiękniejszej kobiety Europy.

Matka siedemnastoletniej Zofii, pięknej Greczynki o wielkich czarnych oczach, przyprowadza ją do ambasadora Polski w Turcji, prosząc o opiekę. Kobieta nie widzi innego wyjścia - musi oddać swoje dziecko podstarzałemu mężczyźnie, który ma pieniądze i władzę. Dobrze jednak wie, że tylko wykorzystując swoją nieprzeciętną urodę i inteligencję, Zofia ma szansę przemienić ich trudny los. Od tej pory młodziutka córka handlarza bydłem jest zdana tylko na siebie. 

Jak to się stało, że z biednej greckiej dziewczyny Zofia przeistoczyła się w ulubienicę salonów osiemnastowiecznej Europy, polską arystokratkę, przyjaciółkę króla Stanisława Augusta Poniatowskiego i księcia Potiomkina?

Ogród Afrodyty to porywająca powieść o silnej i niezależnej kobiecie, która dokonała rzeczy niemożliwej – w patriarchalnym świecie podziałów społecznych, na zawsze określających życiowe szanse jednostki, odmówiła zgody na przypisany jej los i wygrała.







Na spotkanie z tą autorką miałam ochotę już od dawna, jedna z jej powieści czeka na mnie w mojej biblioteczce, jednak w międzyczasie udało mi się upolować w bibliotece tą powieść o najpiękniejszej kobiecie Europy.

Narracja w tej powieści prowadzona jest dwutorowo - jedna część to aktualne wydarzenia z życia hrabiny Potockiej widziane z perspektywy osób, które towarzyszyły jej w ostatnich miesiącach życia, druga to historia jej dzieciństwa i młodości.

Zdecydowanie ta druga część jest dużo ciekawsza - interesujące życie biednej greckiej dziewczyny, która staje się damą pożądaną przez królów na dworach europejskich, kobiety pięknej, nieprzewidywanej, interesującej, trudnej do osądzenia... Po czy trudno winić kobietę, że kieruje nią namiętność? Postać ciekawa, niebanalna i nieprzewidywalna,  z drugiej strony niewierna manipulantka. Ile lat tyle wcieleń. Każda kartka odkrywająca nowe tajemnice. A wszystko to na tle losów osiemnastowiecznej Europy, ze szczególnym uwzględnieniem losów Polski. Które myślę jednak, że dla czytelnika z innego kraju, bez znajomości szerszej historii i kontekstu będą raczej abstrakcyjne, bo tła hhistorycznego tutaj trochę zabrakło. Polskie czytelniczki pamiętające nawet co nieco z naszej historii dadzą sobie radę ;)

Akcja opisywana z perspektywy ostatnich dni hrabiny była jak dla mnie ciut uboższa, chociaż ciekawym zabiegiem było wprowadzenie narracji z perspektywy innych osób niż główna bohaterka.
Duża dbałość o szczegóły, detale, plejada bohaterów zarówno tych historycznych jak i fikcyjnych spowodowały, że ta powieść stanowi unikat wśród tych, które dane mi było przeczytać. 
Ciekawe spotkanie z historią i kobietą jedyną w swoim rodzaju. Miła lektura, którą polecam.

Moja ocena 7,5/10

wtorek, 30 września 2014

Katarzyna Michalak - Zacisze Gosi

Kiedy Kamila zamieszkała w przedwojennej willi z pięknym różanym ogrodem, poczuła, że wreszcie uśmiechnęło się do niej szczęście. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko zaczęło się układać: odnalazła swoje miejsce na ziemi, poznała wspaniałego mężczyznę, a z sąsiadką, Gosią, połączyła ją prawdziwa przyjaźń.

Jednak los jest przewrotny i nad przyjaciółkami z uliczki Leśnych Dzwonków znów zbierają się czarne chmury.

Związek Kamili z Łukaszem zostaje wystawiony na poważną próbę. Do Gosi zaś nieoczekiwanie powraca przeszłość. Czy były mąż okaże się godny zaufania? I jaką rolę w jej życiu odegra Jakub, którego mroczną tajemnicę poznaje Kamila?


„Zacisze Gosi” to kolejna - po bestsellerowym „Ogrodzie Kamili” - powieść z kwiatowej trylogii” Katarzyny Michalak, autorki, którą pokochały polskie czytelniczki. Ciąg dalszy tej niezwykłej, wzruszającej historii o przyjaźni i miłości, poznacie w książce „Przystań Julii”, następnej powieści w serii.


Przy każdej kolejnej książce tej autorki obiecuję sobie, że to już ostatnia, bo niestety każda kolejna jest mam wrażenie jeszcze gorsza niż poprzednia.

Niestety (stety?) nie czytałam pierwszej części kwiatowej trylogii - dlatego wszystkie wątkie były dla mnie nowe, niestety brak jakiegokolwiek wprowadzenia, streszczenia sprawiało, że lektura była trochę męcząca, poprzypominała błądzenie po omacku. 

Tendencja autorki od przechodzenia z euforii do tragedii i odwrotnie tutaj osiągnęło apogeum. Było momentami tak słodko, że aż nie do zniesienia. Jeżeli potraktować to jako element babskiej powieści to taka życiowa naiwność i piękne poukładanie wszystkich elementów układanki zdarza się tylko raczej w kiepskich romansach niż w dobrych powieściach dla kobiet.Budowanie dramatyzmu akcji na przewidywalnych niepowodzeniach bohaterów też niestety nieudane.
Sami bohaterowie nudni i nieciekawi. Może wątek głównej bohaterki, traumy, którą przeżyła, jej dalsze losy i walka o normalność stanowiłby dobry punkt wyjścia dla tego rodzaju powieści, ale miałam wrażenie, że autorka na siłę starała się rozbudowywać wszystkie wątki, tym samym traktując je z taką samą uwagą- głównego wątku zabrakło, a niektóre były niemal sztucznie rozwijane - jak chociażby wątek pani weterynarz- ewidentnie na siłę dodany, żeby kobiet i ich perypetii było więcej w jednej książce?

Jedyny plus - ciekawy zabieg rozpoczynania każdego z rozdziałów motywem kwiatowym i jego historią, znaczeniem mu przypisywanym. Tak kobieco.

Poza tym nic, czemu warto byłoby poświęcić czas
Moja ocena 3/10

poniedziałek, 1 września 2014

Barbara Wachowicz - Bohaterki powstańczej Warszawy

Książka jest opowieścią o dziewczętach walczących w Powstaniu Warszawskim. Każdej bohaterce poświęcony jest odrębny rozdział. Autorka po mistrzowsku kreśli sylwetki 18 kobiet. Odkrywa mało znane karty powstańcze wybitnych aktorek Aliny Janowskiej i Danuty Szaflarskiej. Przybliża dzieje Krystyny Wańkowiczówny i Krystyny Krahelskiej oraz mniej znanych kobiet, które wsławiły się niezwykłą odwagą i bohaterstwem np. Lidii Markiewicz-Ziental, która przeszła cały szlak bojowy powstania, czy Haliny Dunin-Karwickiej, łączniczki Batalionu „Parasol”, Henryki Dziakowskiej-Zarzyckiej, łączniczki i sanitariuszki Batalionu „Parasol”, która uczestniczyła w walkach na Woli, Starym Mieście i w Śródmieściu, czy Danuty Zdanowicz-Rossmanowej, komendantki Wojskowej Służby Kobiet Batalionu „Ostoja”, adiutantki harcmistrza Tadeusza Zawadzkiego „Zośki” i kapitana Tadeusza Klimowskiego.

Okrągłe rocznice historyczne sprzyjają powstawaniu książek o bohaterach tych czasów. Nie inaczej jest w przypadku powstania warszawskiego, jednak w tym roku pewnym novum było skierowanie uwagi na bohaterki - kobiety dzielnie walczące u boku wszystkich tych mężczyzn, którym do tej pory poświęcono dużo więcej książek. Książka, którą otrzymałam do recenzji była pierwszą pozycja tego typu, z która miałam do czynienia i zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać. 

Muszę przyznać, że opasły tom z ogromem zdjęć zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Spodziewałam się raczej  pewnej gloryfikacji, wynoszenia na piedestały, a tymczasem dostałam bardzo ciekawe historie o kobietach nieprzeciętnych, bohaterskich i interesujących.




Każdej z nich autorka poświęciła jeden rozdział, bogato ilustrując każdy z nich zdjęciami nie tylko bohaterek, ale ich bliskich, ukochanych, dzieci. Dzięki temu nasz obraz tych kobiet staje się pełniejszy , a lektura ciekawsza. Każdy rozdział zawiera również dużo wspomnień innych bohaterów, fragmenty dzienników, pamiętników, wierszy, no i mnóstwo cytatów. Z jednej strony jest to ciekawe, wraz ze zdjęciami i tekstem tworzy spójną całość, jednak pod koniec lektury zaczęło być ciut męczące. Tym bardziej, że do tych cytatów brakuje przypisów, czy odwołań. Owszem jest bibliografia, ale dla bardziej dociekliwego czytelnika może być to za mało. Brakowało mi także informacji skąd pochodzą cytaty - śródtytuły danego rozdziału. Moje uwagi, jak widać, są raczej do formy niż treści - tej nie można nic zarzucić, ogrom pracy, jaki wykonała autorka przed napisaniem tej książki robi wrażenie. Do tego same panie, które już po kilku stronach lektury stają się czytelnikowi tak bliskie, że czyta się książkę niemal jednym tchem, rekompensują wszystkie uchybienia formy.

Moja ocena 8,5/10

środa, 27 sierpnia 2014

Agnieszka Grzelak - Mój francuski patchwork

Agnieszka Grzelak maluje wyjątkowy obraz Francji, pełnej zapachów, kolorów i wspomnień. Dzięki niej czujemy oszałamiającą woń oleandrów, lawendy, oliwek, cytrusów, widzimy różowe ściany bugenwilli, pnącza wyrastające ze szczelin między kamieniami, ukwiecone podwórka w morzu kolorów… Wszystko to stanowi niewyczerpane źródło inspiracji autorki, która uwiecznia je w dzienniku i na swoich akwarelach....








Muszę przyznać, że miałam ogromne oczekiwania co do tej książki -  zapowiedź na okładce i obietnice wprowadzenia we francuski klimat, który tak mi odpowiada...
I zaczęło się całkiem przyjemnie od opisu wyjazdu na spotkania młodych z Taize organizowanych w Paryżu. To również klimat dobrze mi znany, taki trochę wspomnieniowy, mimo, że autorka starsza ode mnie i tego rodzaju wyjazd miał miejsce jeszcze przed zmiana ustroju, a ja na nie jeździłam już w latach dziewięćdziesiątych. Tym niemniej nastrój i odczucia podobne, więc czytało mi się to trochę nostalgicznie i bardzo przyziemnie.

Później autorka opisuje swój pierwszy pobyt w Paryżu - z perspektywy przybysza w wschodu, którego marzenie nagle się ziszcza. To również znane mi przeżycie, bo sama doskonale pamiętam moją pierwszą niskobudżetową podróż do Paryża. Tu już trochę maniera autorki narzekającej na ogrom spraw i ludzi zaczęła mi przeszkadzać, a później już niestety zniechęciła do dalszej lektury.

Przebrnęłam jeszcze przez tygodniowy pobyt w Taize, bo sama doskonale pamiętam to magiczne miejsce i atmosferę tam panującą, więc moje wspomnienia pomagały mi przebrnąć przez liczne narzekania i malkontenctwo piszącej, dotarłam do rozdziału opisującego pierwsze podroż autem z dziećmi na południe Europy i stwierdziłam, że jak dla mnie to już wystarczy. Nie dość, że dowiemy się podczas lektury ile to rzeczy przeszkadzało autorce, co było złe, a co jeszcze gorsze i z kim to nie można było wytrzymać, to jeszcze wszystko to - w formie dziennika - niestety według mnie nie zostało odpowiednio poprawione przez edytorów czy korektorów tekstów w wydawnictwie. Dzienniki zostały trochę grafomaniackie i jak dla mnie ciężko się to po prostu czytało. Jak kiepskiej jakości pamiętnik nastolatki.

Z plusów wymienić należy autentyczność - fajnie, że autorka dodaje komentarze po latach odnoszące się do konkretnego miejsca czy sytuacji oraz plastyczność przekazu - dużo tu smaków, zapachów, obrazów. Momentami jest klimatycznie - szkoda tylko, ze w słabej formie i ze zbytecznym narzekaniem. Bez szczypty humoru.

Moja ocena 5/10

wtorek, 26 sierpnia 2014

Jørn Lier Horst - Jaskiniowiec

Nieopodal domu komisarza Williama Wistinga, w niewielkim, spokojnym Larviku, zostają odnalezione zwłoki mężczyzny. Przez cztery miesiące siedział martwy przed migającym ekranem telewizora. Pozornie nic nie wskazuje na to, aby jego zgon był wynikiem przestępstwa. Viggo Hansen był człowiekiem, na którego za życia nikt nie zwracał uwagi. Jego śmierć również nie wzbudza sensacji i nie trafia na czołówki gazet. Jedynie córka Wistinga, Line postanawia zająć się sprawą – chce stworzyć portret nieznanego, zupełnie
przeciętnego, niezauważanego nieboszczyka. Kiedy Line rozpoczyna pracę nad tekstem, policja otrzymuje zgłoszenie o odnalezieniu kolejnych zwłok.



Bardzo lubię skandynawskie kryminały, jest w nich coś takiego, że po prostu są lepsze od tych, których autorzy pochodzą z innych części świata ;)
Ostatni dużo czasu spędziłam przy książkach Jo Nesbo, więc odwołanie na okładce do tego właśnie autora spowodowało, że z tym większą ciekawością sięgnęłam po książkę autorstwa Jørna Liera Horsta. Jest to autor dotychczas mi nieznany, ale myślę, że po lekturze tej pozycji z dużą niecierpliwością będę oczekiwała kolejnego naszego spotkania.

Akcja powieści toczy się dwutorowo - z jednej strony mamy policyjne śledztwo, które prowadzi William Wisting. Wraz z całym zastępem policjantów szuka odpowiedzi na to, co stało się cztery miesiące wcześniej ze znalezionym martwym mężczyzną i kim on w ogóle jest. Z drugiej strony mamy dociekliwą dziennikarkę, córkę Wistinga - Line, która postanawia napisać artykuł dla gazety, dla której pracuje. Punktem wyjścia staje się samotna śmierć znalezionego po kilku miesiącach sąsiada. Pozorny zgon z przyczyn naturalnych, samotny mężczyzna, o którym nikt nie pamięta i jego historia tak bardzo wciągają Line, że zaczyna ona odkrywać coraz to więcej tajemnic nie tylko nieżyjącego sąsiada. Pozornie dwa niełączące sprawy wraz z rozwojem akcji zaczynają się zazębiać. Pojawia się postać jaskiniowca - mężczyzny, kradnącego czyjąś tożsamość, żyjącego życiem człowieka, któremu tą tożsamość skradziono. Do zastępu śledczych dołącza FBI i staje się coraz ciekawiej.

Musze przyznać, że wątek, którego główną postacią jest Line podobał mi się dużo bardziej. Młoda dziennikarka, nie mająca za sobą wsparcia techników, FBI i innych policyjnych ułatwień okazuje się dużo lepszym detektywem niż jej mało charyzmatyczny ojciec. Na tle swojej córki William Wisting wypada trochę blado. Jego śledztwo w początkowej fazie wręcz męcząco się ciągnie. Do momentu kiedy obie sprawy zaczynają się zazębiać zdecydowanie góruje śledztwo dziennikarskie. Od tego momentu tocząc się równolegle oba wątki widziane z dwóch rożnych płaszczyzn zaczynają coraz bardziej wciągać czytelnika. Akcja kluczy, by kilka razy naprawdę zaskoczyć czytelnika.

Do tego autor zwraca uwagę na problem społeczny - samotność wśród innych. Wydaje się to niemożliwe, że sąsiad może umrzeć we własnym domu i nikt przez kilka miesięcy go nie odnaleźć, a jednak takie przypadki się zdarzają. I ludzie, o których nikt nic nie wie, stają sie bohaterami tragedii tylko dlatego, że nawet dla sąsiadów są anonimowi. Ta anonimowość sprawia również, że tacy jaskiniowcy mogą bez problemu podszywać się pod kogoś innego przez tak długi okres czasu. Czy to cecha charakterystyczna tylko dla społeczeństw skandynawskich? Myślę, ze w czasach, kiedy kontakt wirtualny przejmuje rolę realnego problem ten dotyczyć będzie również innych narodowości. 

Moja ocena 8/10 


niedziela, 24 sierpnia 2014

Deon Meyer - Siedem dni

Hanneke Sloet młoda ambitna prawniczka została zmordowana w swoim luksusowym apartamencie. Dochodzenie nie ujawniło niczego poza paroma roznegliżowanymi fotografiami, byłym przyjacielem o porządnym alibi oraz gromady kolegów po fachu zżeranych przez chciwość i egoizm.
Sprawa zostaje ponownie otwarta, kiedy południowoafrykańska policja dostaje e-mail przerażającej treści: „Zastrzelę jednego funkcjonariusza dziennie, dopóki nie zamkniecie mordercy Hanneke Sloet”.
I faktycznie ginie policjant…
Tym razem sprawę przejmuje alkoholik na odwyku, kapitan Benny Griessel. Benny musi sobie radzić z potężnymi naciskami wywieranymi na niego przez przełożonych, dziennikarzami oraz nieznanym strzelcem wyborowym, który nie ma zamiaru złożyć broni.Do współpracy przydzielono mu porywczą Mbali Kaleni, która tropi snajpera, usiłując odkryć, co takiego łączyło go z Hanneke Sloet.
Oboje – Benny’ego i Mbali – czeka siedem dni piekła.

Bardzo lubię kryminały, myślę, że to nawet mój ulubiony gatunek. Tym bardziej ucieszyła mnie możliwość przeczytania pozycji, której akcja dzieje się w Południowej Afryce, bo stamtąd pochodzi jej autor, dotychczas mi nieznany. Muszę przyznać, że brak znajomości realiów południowoafrykańskich był momentami sporą przeszkodą w czytaniu tej książki - i ile rzeczywistość MI6, FBI itp. jest nam powszechnie znana dzięki produkcjom filmowym i ogromem książek policyjno-szpiegowskich, których akcja dzieje się na podwórku amerykańskim czy brytyjskim, o tyle realia pracy afrykańskich Sokołów były dla mnie nowością. Z jednej strony to ciekawe, z drugiej zabrakło moim zdaniem przypisów w danym, konkretnym miejscu  przypisów od tłumacza. Wprawdzie na końcu książki jest glosariusz (odkryłam go jednak dopiero w połowie lektury ;) ale książka zyskałaby na lekturze, gdyby to, co ona zawiera umieszczone byłoby w przypisach, bez potrzeby kartkowania książki podczas lektury.
Sama akcja rozkręcała się powoli, w zasadzie można nawet powiedzieć, że pierwsze pięć dni poszukiwań zabójcy były zbyt powolne. Wątek stał się ciekawszy i nabrał tempa dopiero pod koniec piątego dnia, kiedy to pojawiło się coraz więcej dowodów, nowych postaci i zagadek. Odtąd zrobiło się naprawdę ciekawie i interesująco, bo już zaczęłam tracić nadzieję na dobrą lekturę wciągającego kryminału, bo do dnia piątego nie działo się prawie nic. Bardziej uwaga autora skupiała się na jednym z prowadzących śledztwo policjantów - Bennym Griesselerze - jego problemach rodzinnych z dorastającymi dziećmi oraz związkowi z byłą gwiazdą piosenki, teraz podobnie jak on walczącą o powrót z nałogu alkoholowego Alexą. Myślę, że celem autora poprzez dodanie tych wątków było rozbudowanie akcji, zabieg, który udał się Jo Nesbo tutaj Deonowi Meyerowi niestety się nie powiódł. Lektura na tym nie zyskała, lepiej byłoby, gdyby autor skupił się na wątku policyjnym, ograniczając słaby wątek obyczajowy, który niewiele wniósł dla czytelnika.  
Zabrakło mi również wyrazistości pozostałych postaci - napis na okładce zapowiadał parę detektywów ścigających gotowego na wszystko snajpera, tymczasem pomagająca Bennemu w śledztwie Mbali Kaleni pozostała prawie całkowicie niewidoczna w gąszczu postaci pozostałych policjantów i śledczych. A szkoda, bo w jednym z rozdziałów autor poświęcił jej więcej uwagi, co mogłoby być rozwinięte w pozostałych, a w efekcie postac ta mogłaby zdecydowanie być bardziej interesująca. Tak niestety się nie stało.

Moja ocena - za najlepsze w tej książce finisz i zakończenie 6/10


niedziela, 17 sierpnia 2014

Jo Nesbo - Pierwszy śnieg i Upiory czyli najlepszy i najgorszy Nesbo...

Przeczytałam już całkiem sporo skandynawskich kryminałów, trafiały się i lepsze i gorsze, bardziej i mniej mroczne jednak dopiero po lekturze kilku powieści Jo Nesbo wiem, że król może być tylko jeden. Mimo, że jak to za moment rozwinę zdarzają mu się gorsze powieści.

"Upiory" to ostatni tom przygód Harrego Holle i zarazem najsłabszy. Tak jakby autorowi zabrakło energii na leprze pożegnanie z tym bohaterem.


W Oslo dochodzi do zabójstwa z rodzaju tych, które zasługują co najwyżej na krotką notkę w gazecie i od razu idą w zapomnienie: młody zdesperowany heronista próbuje ukraść narkotyk drugiemu i zostaje zastrzelony. Policja błyskawicznie aresztuje domniemanego sprawcę. Harry Hole nie wierzy, że zbrodni dokonał zatrzymany chłopak. Powraca z Bangkoku, by odnaleźć zabójcę i rozprawić się z upiorami własnej przeszłości...




Wydawać by sie mogło, że wszystko powinno współgrać - mamy zabójstwo, w które zamieszany jest Oleg - dla którego Harry stanowi odpowiednik ojca, którego ten nigdy tak naprawdę nie miał. Zabójstwo, w które zamieszani są handlarze narkotyków i rosyjscy kryminaliści. Temat niestety jak dla mnie ciut oklepany i kto jak kto, ale Nesbo mógłby wymyślić jakieś ciekawsze motywy i czarne charaktery dla pożegnalnego tomu. Dla mnie momentami zbyt oczywiste i przewidywalne. Samo zakończenie również, motyw w ostatecznym rozstrzygnięciu ciut naciągany. Słabo, zwłaszcza w porównaniu do poprzednich tomów. Jakby wszyscy - łącznie z czytelnikiem męczyli się w tej pogoni za prawdą.
Do tego narracja prowadzona jest dwutorowo - akcja główna uzupełniana przez narrację prowadzoną w formie pamiętnika, czy też wspomnień przez zamordowanego. Zabieg ciekawy, jednak niezbyt przeze mnie lubiany. Tym samym lektura okazał sie jeszcze cięższa.
Inna sprawa to akceptacja decyzji Harrego -poświęcenia w imię zawodu? prawdy? misji? czy też obowiązku?Trudno rozstrzygnąć, tym bardziej zrozumieć.

Moja ocena 6,5/10


W odróżnieniu od "Upiorów" zdecydowanie najlepszym według mnie tomem przygód Harrego jest "Pierwszy śnieg".

Jest listopad, w Oslo właśnie spadł pierwszy śnieg. Birte Becker po powrocie z pracy do domu chwali syna i męża za ulepienie bałwana w ogrodzie. Nie jest on jednak ich dziełem. Stają przy oknie – i widzą, że bałwan jest skierowany twarzą w stronę domu. Patrzy wprost na nich.
W tym samym czasie komisarz Harry Hole otrzymuje anonimowy list podpisany „Bałwan”. Zaczyna dostrzegać wspólne cechy dawnych, niewyjaśnionych spraw. Okazuje się, że wraz z pierwszymi oznakami zimy do gazet trafia informacja o nowym morderstwie. Ofiara jest zawsze zamężną kobietą, a jednocześnie w pobliżu miejsca zbrodni pojawia się bałwan. Wszystko wskazuje na to, że po Oslo i okolicach znów krąży seryjny zabójca.





Mimo, że początek wydawał się być niespecjalnie obiecujący - dużo kobiet -ofiar, pewne zagmatwanie, poszukiwanie motywu i pewne elementy chaosu - to w miarę rozwoju akcji okazywało się, ze Jo Nesbo stworzył majstersztyk, od którego ciężko się oderwać. Tyle razy ile autor zaskoczył w tej powieści rozwiązaniem, które wydawało się być już tuż tuż, tak oczywiste przecież, a tymczasem...okazywało się całkiem inaczej! Samo rozwiązanie to już ostateczne -wisienka na torcie. Ciężko napisać więcej nie zdradzając szczegółów - jednak jedno stwierdzić można z całą pewnością - tutaj Nesbo wspiął się na wyżyny, a nawet na sam szczyt - dawno lektura kryminału nie była dla mnie tak ogromną przyjemnością. Dbałość o szczegóły czasem wydawać by się mogło, że zbyteczna, tymczasem w ostatecznym rozrachunku okazuje sie, że każdy, nawet najdrobniejszy element ma swoje miejsce i znaczenie - najczęściej takie, którego zupełnie sie nie spodziewamy. 

Moja ocena 9,5/10