sobota, 29 grudnia 2012

Serialowe zapowiedzi 2013...Pożegnanie 2012





Są pewne tytuły, których oczekuję z niecierpliwością. Są pewne niespodzianki no i dużo miłości ;)

Z aktualnie oglądanych przeze mnie seriali chcialabym wspomniec o :

Homeland - 2. sezon, oglądam tylko dlatego, żeby w końcu znaleźć to COŚ, czym się wszyscy zachwycają... jak na razie mi się nie udało, początek dość dobry, potem zdecydowanie za dużo głównej bohaterki, którą chyba nie do końca udało się wyleczyć z choroby psychicznej pomiedzy pierwszym a drugim sezonem, a ktora to niesamowicie mnie irytuje...


Świat bez końca - kolejna ekraznizacja historycznej powieści Kena Folleta. Akcja World Without End zaczyna się 200 lat po wydarzeniach z Filarów ziemi, w roku 1327. Spotykamy tu potomków Jacka i Toma, bohaterów tamtej sagi. Na tle barwnej panoramy średniowiecza w okresie wielkich przemian i dziesiątkującej społeczeństwo zarazy toczy się epicka opowieść o walce o władzę, pieniądze i wpływy, o tajemnicach i zbrodniach, o nauce burzącej fundamenty wiary, w której ludzkie emocje - miłość, nienawiść, pragnienie zemsty - odgrywają wiodącą rolę.
Na razie za mną tylko kilka pierwszych odcinków, ale jedno, co nasuwa się od razu - to dużo gorsza ekranizacja niż wspomnieny wcześniej serial na podstawie "Filarów Ziemi". Mniej dopracowany, produkcja sprawia wrażenie kręconej "na szybko", bez dbałości o szczegóły, klimat itp. Poza główną bohaterką - graną przez Charlotte Riley - reszta bohaterów nijaka, płyka, nikt nie zachwyca. Moja ocena jak na razie 6,5/10


piątek, 21 grudnia 2012

Małgorzata Gutowska-Adamczyk - Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich

Jeżeli ktoś wczesniej czytał Cukiernie pod amorem tej samej autorki w zasadzie wie, czego może się spodziewać po najnowszej powieści Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk. Pytanie tylko tak naprawdę pozostaje jedno - czy autorce pomimo znanego schemtu uda się jednak zaskoczyć czytelnika?

"Tym razem wraz z główną bohaterką (znamy ją z pierwszego tomu Cukierni, w którym zawróciła w głowie Tomaszowi Zajezierskiemu) wyruszymy do Paryża okresu belle epoque. Poznamy historię Róży z Wolskich (późniejszej księżnej Rose de Vallenord) — malarki, emancypantki, skandalistki.
Równie ważnym bohaterem powieści będzie Paryż — miasto magiczne, w którym spełniają się marzenia. "



Podobnie jak we wsześniejszych książkach autorki akcja dzieje się równolegle w dwóch epokach. Pierwszy wątek to historia Niny - niespełnionej życiowo  trzydziestopieciolatki, która nie wie, czy chce wyrwać się spod wpływu toksycznej matki, dominującej nad jej życiem. O ile zawodowo można powiedzieć, że bohaterka sobie radzi, a wycieczka do Gutowa i poznanie Igi (również znanej czytelnikom z Cukierni pod aniołem) zdają się otwierać przed młodą panią historyk sztuki całkiem inne możliwości... to jej życie prywatne, które też ma szansę w końcu na odmianę (normalność), wraca do punktu wyjścia, dzięki "pomocy" matki Niny. Młoda kobieta bezwolna poddaje się dyktatowi rodzicielki. Moim zdniem to zdecydowanie najsłabszy element powieści Gutowskiej. Nina-bohaterka nijaka, bezmyślna i irytująca. Może gdyby autorka bardziej skupiła się na wątku jej pracy i odkrywaniu tajemnic związanych z historią obrazu Tomasza Zajezierskiego, niż na jej nieudanych relacjach z matką, byłoby ciekawiej, tak trąca to zdecydowanie kiepskim serialem obyczajowym.

Drugi wątek to historia Róży - córki polskiego powstańca zesłanego na Syberię oraz polskiej szlachcianki, z którą zmuszone zostały do ucieczki do Paryża. I tam właśnie poznajemy Krystynę - nieustępliwą, rozczarowaną życiem, sfrustrowaną i przywiązaną do reguł matke Róży - małej dziewczynki, zafascynowanej światem, w którym zmuszone zostały zamieszkać.Wraz z bohaterkami poznajemy Paryż magiczne miasto II połowy XIX w., nowoczene, pełne blistru i magii, ale również sprzeczności i niebezpieczeństw. Na dla barwnego miasta toważyszymy najpierw Róży - małej dziewczynce, niemowie, stającej się modelką francuskich malarzy, nastepnie Róży walczacej z biedą i choroba matki, potem nastolatce, projektującej suknie wielkim damom, następnie Róży młodek kobiecie zakochanej w księciu, skandalistce zrywającej z szablonowym, salonowym wychowaniem, walczącej o miłość i rozwijającej swoją pasję - malarstwo. W końcu wraz z Różą i jej zgorzkniałą matką wracamy do Gutowa...
Ten wątek - zdecydowanie dominujący i zdecydowanie lepszy od współczesnego. Ciekawy, interesujący motyw Paryża wraz z pelnym przekrojem przez zycie różnych warstw społecznych, wciagająca historia glównej bohaterki, do tego niewymuszona, ale ciekawa lekcja obyczjaowej historii. Polecam.

Moja ocena 8,5/10

środa, 19 grudnia 2012

Mari Jungstedt - Niewypowiedziany

"Brutalne zabójstwo fotografa Henriego Dahlstroma wybudza z zimowego odrętwienia mieszkańców Gotlandii. Dahlstrom jest znanym w okolicy bywalcem parkowych libacji. Zostaje zamordowany po tym, jak wygrywa dużą sumę pieniędzy na wyścigach konnych, co staje się najbardziej prawdopodobnym motywem morderstwa. Sprawa zbiega się w czasie z zaginięciem 14-letniej Fanny Janson, pracującej w miejscowej stadninie. Podejrzenia padają na Amerykanina, który również w niej pracuje. Wszystko się komplikuje, gdy zdjęcia nieletniej ofi ary zostają znalezione w piwnicy Dahlberga."


Ciągle na fali skandynawskich kryminałów... i ciągle z nadzieją, ze Mari Jungstedt oczaruje mnie tak jak innych...
Przy drugim tomie z serii, której głównym bohaterem jest komisarz Andreas Knutas, oczekiwania były jednak trochę mniejsze niż wcześniej, bo jednak wiedziałam, czego można się spodziewać po przeczytaniu "Niewidzialnego" . Autorka po raz kolejny przenosi nas na malowniczą Gotlandię, kilka miesięcy po wydarzeniach rozgrywających się w pierwszym tomie serii.
I tak samo jak poprzednio mamy dwa równoległe wątki połaczone osobą dziennikarza Johana. Jeden z nich to wątek kryminalny wokół zabójstwa fotografa-pijaka, który zbogaciwszy się na wyścigach, ginie w tajemniczych okolicznościach, kilka dni po szczęśliwej wygranej. Brak swiadków, podejrzanych, jedy tylko motyw...wszystkie punkty zaczepienia okazują się błędnymi tropami... to tego dochodzi zabójstwo młodej dziewczyny Fanny Janson. Czy te zbrodnie coś łączy?Czy to ten sam morderca? Co łączy te dwie postacie?
I tu musze przyznać część kryminalna dużo lepiej skonstruowana, niż w pierwszej cześci, zakończenie zaskakujące, ciekawe.
Natomiast sama akcja-jak i poprzednio-moim zdaniem  w słabym tempie, można by ją było zdecydowanie jakoś "podkręcić". Mdłe postacie policjantów (zwłaszcza duet Karin-Knutas, z jakimiś zalegajacymi tajemnicami we wzajemnych relacjach) jest po prostu męczący. Nawiązania do życia prywatnego komisarza raczej mało udane ( może miałoby to być powielenie udanego pomysłu Camili Laeckerberg?).
Drugi wątek to romans Johana - sztokholmskiego dziennikarza i Emmy, poznaniej przez niego podczas relacjonowania śledztwa opisanego w pierwszej części serii. To taki wyjątkowo obyczajowy watek, mający miejsce jakby poza głownymi wydarzeniami-moze dlatego w przypadku tego tomu trochę "na dodatek", jakby sztucznie. Sam w sobie nawet ciekawy, tylko trochę bez pomysłu (bez powiązań) w stosunku do wątku wiodącego. Wprawdzie Johan kontaktuje się z Knutasem, ale ta współpraca jest wyjątkowo mało intensywna i owocna.
Widać, że Mari także tutaj-wplątując wątek oczyczajowy-próbuje upodobnic się do Camili-jednak jak dla mnie daleko jej do wzoru...

Tym niemniej, drugi tom lepszy od pierwszego
Moja ocena 5,5/10

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Tomasz Bochiński, Agnieszka Chodkowska-Gyurics - Pan Whicher w Warszawie



"Książę detektywów Scotland Yardu na tropie zbrodni w ogarniętej powstańczą gorączką XIX-wiecznej Warszawie.

Ostatnie miesiące roku 1862. W Warszawie spokój – zostaje odwołany stan wojenny. Jednak obie strony – polscy spiskowcy i rosyjscy okupanci – wiedzą, że to cisza przed burzą.

Służby carskie zrobią wszystko, by wyłapać przywódców polskiego podziemia. Na zlecenie cara do Warszawy zjeżdżają najlepsi angielscy policjanci. Jednym z nich jest słynny Jonathan „Jack” Whicher (postać i misja autentyczne), zwany „księciem detektywów”.

Tymczasem w niewyjaśnionych okolicznościach znika krewna cara. Pan Whicher zostaje odwołany od spraw politycznych i skierowany do odnalezienia zaginionej…

Chłodny umysł inspektora Scotland Yardu musi przeniknąć mroczną tajemnicę, nie tylko zniknięcie arystokratki. Okazuje się, że ktoś morduje i masakruje swoje ofiary, tak by nikt nie był w stanie ich rozpoznać. Śledztwo przenosi się z wytwornych salonów stolicy Królestwa do podłych zaułków Powiśla i straszliwych mordowni Pragi. Detektyw, by przeżyć, będzie musiał swój sprawny umysł wesprzeć pewnym okiem i ręką zbrojną w rewolwer."


Po pierwsze - wiem, że tego nie nalezy robić - cudna okładka, która zachęca do otworzenia książki i zagłębienia się w lekturę...Otwierasz, a to co widzisz cieszy twoje oczy czytelniku - super pomysł z kartkami kalendarza, przyciagają wzrok. Do tego oprócz standardowej narracji dołożono róznież  fragmenty (moim zdaniem najlepsze z całej powieści) pamiętnika detektywa Scotland Yardu wydrokowanego całkiem inną czcioną niż pozostała  część powieści. Jeżeli wydawnictwo cchiało skłonić do przeczytania wzrokowców to niewątpliwie im się udało - w tym też tkwi moim zdaniem magia słowa drukowanego, żeby zaciekawić, zachwycić, dotknąć... E-book tego nie potrafi, niestety.
Ostatnio coraz bardziej ciągnie mnie do książek, w których akcja dzieje się w zaborowej polskiej rzeczywistości. Ta pozycja - jeżeli chodzi o ówczesne realia zaspokaja moje potrzeby całkowicie. Doskonałe tło historyczne, rewelacyjnie oddany klimat epoki, niemal czuje się zapach mrocznego Powiśla.
Do tego rosyjsko-angielski duet detektywów będący doskonałym duetem konforntujacym wyspiarskie metody z kontynentalną rzeczywistoącią, w której przyszło obu detektywom pracować. Jack Whicher, zwany także „księciem detektywów”, rzucony do świata, ktorego nie rozumie- dosłownie i w przenośni (bo przecież w końcu ile herbat można pić na raz?) musi sobie poradzić ze śledztwem, które rozwija się w zupelnie nieoczekiwany sposób. Pomaga (?) mu w tym Czernyszewski - tajemniczy detektyw, którego pomimo rosyjskiego pochodzenia trudno nie polubić... Duet nieprzewidywalny, ciekawy, z mocno zarysowanymi charakterami. Do tego pamiętnik Whichera - ówczesna warszawska rzeczywistość widziana oczami Anglika - taka wisienka na torcie.
Z rzeczy które zaliczyłabym do minusów to jednak - jak dla mnie momentami spadek tempa akcji, może po prostu jestem przyzwyczajona do współcześnie dziejących się kryminałów i stąd moje oczekiwania....
Tym niemniej jako kryminał retro, z politycznym tłem i klimatem epoki jak najbardziej godny polecenia.
Moja ocena 8/10



Za mozliwość przeczytania książki dziękuję

piątek, 14 grudnia 2012

Shirlee Busbee - Uległa i posłuszna

"Romans historyczny, napisany zgodnie z najlepszymi regułami gatunku.

Akcja toczy się na początku XIX w. w środowisku posiadaczy ziemskich w Anglii, łącząc elementy romansowe i sensacyjne. Książka ta stanowi znakomitą lekturę odprężającą. Akcja obfituje w zaskakujące zwroty, a prócz tego mamy doskonałe opisy przyrody, eleganckich wnętrz i przyjęć, w które czytelnik chętnie się zanurza.

Autorka umiejętnie buduje atmosferę beztroskiego, spokojnego luksusu, w którym przebywają ludzie dobrzy i pogodni. Zwłaszcza opisy dworów i dworskiego życia przenoszą czytelnika w inny świat. Jest to również książka pełna humoru, znajdziemy w niej wiele błyskotliwych dialogów i dowcipnych ripost, lecz dobrotliwy humor przejawia się też w stosunku autorki do swych bohaterów, ich mniej istotnych problemów, a także ogólnie do świata i życia."



Lubię romanse, czasem nawet bardzo i nie wierzę tym wszystkim, którzy tak bardzo odżegnują się od takich książek. Owszem nie mówię tutaj o romansach w klimatach Harlequinów o zawarości 70 stron w malutkim formacie, ale o takcih, które oprócz tylko wątków romansowych dają czytelnikowi coś jeszcze - czy to tło historyczne, czy wątek kryminalny.
I niewątpliwie książka Shirlee Busbee nalezy do tej drugiej grupy, której nie trzeba się wstydzić mając ją w swojej biblioteczce.
Co przemawia na korzyść tej lektury?Przede wszystkim bardzo dokładnie rozbudowany wątek-czy raczej podłoże historyczne-dokładne opisy, budujące atmosferę, dobrze oddany klimat epoki, czyniący lekturę bardziej klimatyczną.
Sam wątek romansowy-pomiędzy było nie było ówczesnym starym kawalerem, spontanicznie decydującym się na małżeństwo, a kobietą mało zdecydowaną, krnąbrną i będącą any wszystko co proponuje Marcus....- powatały z połączenia oczekiwań tych dwojga gwaranuje, ż enie będziemy się z nimi nudzić. Oczywiście, ajk to w romasie zakończenie jest przewidywalne, ale autorka urozmaiciła droge do niego tajemnicami z przeszłości, wątkiem kryminalnym, morderstwem i porwaniem.

Miła lektura na zimowe wieczory
Moja ocena 6/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu

niedziela, 9 grudnia 2012

Koryta Michael - Pod cyprysami

Południowe stany USA wyobrażam sobie jako pełne moskitów, bagien, koszmarnej pogody i czarnej magii voodoo. Koryta Michael zabrał mnie właśnie tam - do miejsca, gdzie najbliższy sklep oddalony jest o 8 km, a najbliżsi sąsiedzi mogą wbić Ci nóż w plecy i nikogo to nie będzie interesowało.

Co do magii VooDoo - trudno powiedzieć, że brakło w tej powieści elementów nadprzyrodzonych - ale to było podane w postaci trochę przesłodzonego, lekkiego sosu - otóż główny bohater widzi, gdy ktoś ma umrzeć. Przesłodzone - ponieważ widzi i albo nic nie może zrobić i ludzie umierają, albo może zrobić i nie umierają, albo nie robi nic (nie zmienia zbytnio planów), a książka kończy się happy-endem.

Oczywiście powieść trafiła do mnie właśnie ze względu na te nadprzyrodzone umiejętności - ale jak już napisałem - to tylko dodatek, każdy, kto nie gustuje w fantasy może spokojnie przeczytać bez obawy o jakieś większe rozczarowanie z tej strony.

Zaczyna się trochę jak powieść drogi - po pierwszej wojnie światowej duża ilość weteranów wojennych mnie bardzo ma co ze sobą zrobić - wędrują oni od jednego obozu pracy (Polaków proszę o porzucenie perioratywnych odczuć co do tego sformułowania - to obozy pracy dobrowolnej i płatnej). O prace ciężko, dla niektórych skończył się właśnie okres dobrobytu związany z prohibicją i szukają nowych pomysłów.

Główny bohater, który wysiada z pociągu jadącego na Florida Keys, przewidując śmierć wszystkim, którzy nim jadą, wyciąga z niego tylko 19latka. Nie przewiduje jednak, że unikając czyhającej zagłady pakuje się z deszczu pod rynnę w prosperujący biznes narkotykowy. Śmierć spotykamy na każdym kroku, i robi się trochę makabrycznie, tu gdzieś spalone zwłoki, tam znów gnijąca kobieta, a tu proszę na deser zamiast pudełka czekoladek....

Nie będę wszystkiego zdradzał - o ile troszeczkę męcząco przebierało się przez duszne i upalne strony tekstu, to po zakończeniu książki miło się ją wspomina. Dobra sensacja/thriller, z nieco łatwym do przewidzenia zakończeniem, i z trudną drogą do zakończenia (gdy nic oprócz walenia młotkiem się nie dzieje), ale to tylko buduje jeszcze bardziej nastrój gorącego i mokrego południa stanów.


W mojej opinii 7/10

Książkę przeczytałem dzięki uprzejmości:


wtorek, 4 grudnia 2012

Katarzyna Michalak - Rok w Poziomce

Lubię książki tej autorki, lubię takie powieści, w których wszystko kończy się dobrze, lubię...
Ale cenię sobie autorki, które pomimo "żyli długo i szczęśliwie" potrafią wyjść poza szablon, zaskoczyć, dobrze zakończyć, ale bez przesłodzenia.
Niestety tutaj autorce się nie udało, jest szczęśliwie i słodko, zdecydowanie aż za słodko jak dla mnie. Przez to denerwująco, mimo negatywnej aury za oknem po lekturze czułam przesyt. Czego?Przesyt spelnionych marzeń, zbytniej bajkowości-bo przecież czas księżniczek i księciów na białych rumakach mam już za sobą, braku realizmu.

"Historia Ewy – trzydziestokilkuletniej kobiety po przejściach, która postanawia spełnić wreszcie swoje marzenie i zamieszkać w ukochanym domu. Ale jak wszystko w życiu to marzenie ma również swoją cenę: Ewa, chcąc zarobić na kupno wymarzonego domku pod lasem podejmuje pracę w wydawnictwie przyjaciela (skądinąd bardzo atrakcyjnego) i ma za zadanie znaleźć prawdziwy bestseller…"

Oprócz historii Ewy, która jak można się domyślać poradzi sobie ze wszystkimi przeciwnościami losu - znajdzie męża dla siebie, ojca, dla dziecka będącego wspomnieniem pewnego szalonego wieczoru bez wspomnień, odnajdziej ojca, znajdzie pieniądze na kredyt na ukochany domek, auto, dostanie prace i spełnią się jej wszystkie marzenia w ciągu zaledwie roku! (kiedy normalnym ludziom takie rzeczy po prostu się nie zdarzają)-autorka porusza również temat choroby. Białaczka, każdy zna, słyszał, ale nie kazdy miał styczność z ludźmi chorymi. Akcje prowadzące przez Ewę - kampanie medialne, wywiady, plakaty itp. wszystko to szczytne, warte pochwały, ale nie kazdego stać od tak na takie nagłośnienie. Myślę, że dla osób chorych czytanie o takich odrealnionych  - z ich punktu widzenia - akcjach jest sporą przesadą. Pamiętam taką kampanię u mnie w pracy- niewiele osób zdecydowało się zostać dawcą szpiku, pomimo żadnego wysiłku jeżlei chodzi o rejestrację itp. Oczywiście takie kampanie są ważna, kazdy dawca się liczy - ja naprawdę to rozumiem, ale umieśćmy to wszytko w REALNYM świecie.

Dla mnie duże rozczarowanie, moja ocena 5,5/10

piątek, 30 listopada 2012

Katarzyna Enerlich - Prowincja pełna gwiazd i Prowincja pełna słońca

Mam spory problem z tymi książkami Katarzyny Enerlich. Mimo, że przeczytałam je już jakiś czas temu to ciągle zwlekałam z recenzją, bo nie wiem jak do końca je ocenić. Nie miałam wcześniej okazji, żeby przeczytać pierwszą część serii, ale po lekturze dwóch kolejnych nie do końca mam ochotę ich szukać-myślę, że to mogłoby wystarczyć za całą recenzję, ale jednak napiszę wam o moich odczuciach trochę więcej.

"Refleksyjna opowieść o prowincjonalnej codzienności, której wielkie i małe historie rozgrywają się wśród mazurskich krajobrazów. Zaskakująca historia kobiety, która odbywa swoistą podróż w czasie, podróż do nieznanych korzeni. Odkrywa przeszłość, której nie znała i tajemnice, które niekoniecznie chciała poznać. Czytelnicy spotkali się z bohaterami powieści w książce – „Prowincja pełna marzeń”. Prowincja może być miejscem magicznym, pełnym wydarzeń i emocji, gdzie po prostu chce się żyć. Miejscem, w którym zdarza się tysiące spraw, zgodnie z przemianami tego świata, pokornie poddanym porom roku, biegnącym czasem może trochę wolniej, spokojniej, bez korków na ulicach i laptopów na kawiarnianych stolikach… Nad którym świecą te same gwiazdy, to samo słońce, brodzą w błękicie te same chmury. Nie ma spotkań przypadkowych. Nasze dzisiejsze spotkanie na pewno nie jest daremne…"


Te książki to kolejne z nurtu literarury kobiecej, gdzie główne bohaterki odnajdują spokój na prowincji. Czym różni się ta od innych, które czytałam wcześniej?Na pewno jest bardziej reflekcyjna, a akcji raczej nie wzbogacają ożywione dialogi głównych bohaterów. W większości to przemyślenia głównej bohaterki Ludmiły. Po wielu perypetiach Ludmiła wydawałoby się, ż eosiągnęła szczęście u boku ojca swojego dziecka, którego z radością oczekują. Niestety po narodzinach Zosi okazuje się, że sielanka jednak nie jest tak cukierkowa, jakby się moło wydawać. Przez jakiś czas Ludmila musi sobie radzić zupełnie sama, martin wyjeżdża do Niemiec i chyba nie do końca chce wracać do żony i dziecka. Jak się okazuje dręczą go ciągle wątpliwości an temat swojego ojcostwa, podsycane dodatkowo przez znajomą, z którą po powrocie zaczyna spędzać coraz więcej czasu....
Historia znana, łatwa do przewidzenia, w niczym nie zaskakuje, a całej powieści czegoś po prostu brakuje...Wszystko jest jakby płaskie, jednowymiarowe, nie wciąga czytelnika tak jaby mogło.
Ciekawy wątek-to poszukiwanie historii rodziny, odkrywanie judaizmu oraz wizyta Ludmiły i jej siostry w Łódzkiej Anatewce :)
Bardzo bym się jednak cieszyła, gdyby autorka jednak nie ograniczyła się do opisania fanatyzmu Hanki, po tym jak dowiedziąła się o swoich żydowskich korzenaich. Tak ma się wrażenie, że historia została odkryta, zadanie zaliczone, czas skupić sie na czymś innym, a naprawdę szkoda.
W dodatku, chyba nie trzeba być geniuszem, żeby się domyśleć, że ktoś noszący nazwusko Gold, może być pochodzenai żydowskiego. Chyba Pani Enerlich nie do końca wierzy w inteligencję swoich czytelników ;).

Ostatnia część tryptyku prznosi nas wraz z Ludmiłą-zmuszoną sytuacją życiową- do podjęcia pracy we Włoszech.

"Czy coś - oprócz pierwszej litery - łączy Mazury z Marokiem?
Ludmiła, bohaterka kolejnej części "prowincjonalnego" tryptyku, po raz kolejny stawia czoło życiowym wyzwaniom. Tym razem znajdzie się na emocjonalnym zakręcie. Tajemnicze zniknięcie najbliższej osoby spowoduje, że kobieta wyruszy w zmieniającą jej życie podróż do północnych Włoch.

Spotkanie z Aminą, ofiarą muzułmańskiej tyranii i organizacja jej ucieczki od męża to tylko niektóre z przystanków tej podróży. Na swoją mazurską prowincję wróci odmieniona i przekonana, że szczęście to nie tylko miłość. A gdy już przewartościuje wszystko i od nowa ułoży swoje życie, pojawi się ktoś, na kogo wcale nie czekała. Czy po raz kolejny spotkanie okaże się nieprzypadkowe?"


Ludmiła zostawia małe dziecko, wyrusza zarobić pieniądze na zycie i spłatę kredytu za ukochany dom, w którym w końcu zamieszkała. We Włoszech pomaga Marokance, która ucieka od znęcającego się nad nią męża i wraz z naszą bohaterką wraca na Mazury, by tutaj podobnie jak Ludmiła zbudować swoje życie od nowa.
Nowe postacie, wątki, uczucia, ale moje odczucia dokładnie takie same - wolne tempo akcji, duża naiwność łównej boahterki, która chyba sama przed sobą ucieka, irytuje czytelnika swomi decyzjami i małym, a własciwie żadnym zecydowaniem w kwestii tego z kim się związać uczuciowo...


Na plus-historyczne zdjęcia Mazur dodawne przez autorkę do obu książek-ciekawa lekcja historii-chociaż druk mógłby być trochę lepszy.
Podsumowując-są duzo lepsze pozycje o podobnej tematyce, stąd moja ocena 5/10


wtorek, 27 listopada 2012

Mike Resnick - Prorokini

Prorokini - jak się okazuje to kończący trylogię tom. Zaraz po Wróżbiarce i Wyroku na wyrocznię. I dopiero dzisiaj dotarło do mnie, że wszystkie wzmianki dotyczące zdarzeń historycznych bohaterów miały miejsce w poprzednich tomach - a mimo to nie czyta się tej powieści jako kontynuacji większej całości - całkiem dobrze sobie książka radzi w wersji "stand-alone". A to jest wielki plus, nie lubię czytać czegokolwiek z perspektywą kolejnych grubych tomisk ciągnącej się przez annały historii opowieści. Prorokini jest wartką i szybką historyjką - gdyby porównywać do filmów, to byłaby to 87 minutowa sensacja, która nie wiadomo kiedy się skończyła...


Kilka naprawdę ładnie zarysowanych postaci stworzyło nam spektakl, nieco banalny pod koniec (ale znów: jak dobrze zakończyć wszechgalaktyczną wojnę między dwiema najpotężniejszymi postaciami?). Podróże po kilku światach (czytelnik ma świadomość, że kosmos jest rozległy, ale akurat jedynie te planety są warte wspomnienia) dostarczą nam trochę Dzikiego Zachodu. A wszystko wydaje się doskonale przyprawione i nie przesolone ani przesłodzone - kompozycja świetna - tylko zbyt krótka.

Otóż wspomniałem że są w tym świecie dwie zdaje się wszechwładne postacie, zdradzę sekret - jedną z nich jest Prorokini (a drugą Chrystus Mojżesz Mahomet...), ale to nie one są głównym źródłem przygód, ale raczej trójka przeciętnych ludzi z nieprzeciętnymi umiejętnościami. Geniusz komputerowy będący w stanie wykonać prawie każdy mikrochip i wszczepić w żywą tkankę, Stary weteran, który przeżył swoje życie odciskając piętno na znanym wszechświecie i Płatny zabójca - broń do wynajęcia, z solidnym kodeksem moralnym. Oczywiście nie wszyscy przeżyją - ale przecież chodzi o większe dobro?

Trochę nasuwa się refleksja widzących w przyszłości z Diuny, ale nie zmieścilibyśmy takiej opowieści w 87 minutach wobec czego Mike stwierdza - że nie wiadomo skąd Prorokini ma dar prekognicji. Finito. 8,1/10

poniedziałek, 26 listopada 2012

Serialowe podsumowanie sezonu

Miał być jeden post poświęcony zaskakującemu serialowi, który odkryłam dzięki Bigosowej, stwierdziłam, że tych nowości I kontynuacji serialowych tej jesieni trochę się nazbierało, więc będzie dziś post serialowo-masowy.



Najpierw Kontynuacje:



Good Wife sezon IV-jak zawsze trzyma poziom, ale myślę, że już niedługo scenarzyści powinni nas czymś zaskoczyć, bo jeszcze kilka odcinków i może się zrobić nudno i przewidywalnie.



Downton- sezon III- dobrze wrócić znów do Anglii początku XX wieku, szkoda tylko, ze niestety jedynie na 8 odcinków. Zaskakująco, ciekawie, historycznie odkrywająco, klimatycznie, jak zawsze.



Czas Honoru sezon V-najgorszy z dotychczasowych, mało akcji, momentami nawet męcząco, z wyczekiwaniem, ze w końcu coś się wydarzy. Niestety nudno pozostało do samego końca sezonu.



Prawo Agaty sezon II- bardzo mi się podobał pierwszy sezon, nawet przemogłam swoją ogromna niechęć do Agnieszki Dygant, bo tak mi się spodobało. Drugi sezon-dużo gorszy, przypadki prawnicze mało interesujące, wątki obyczajowe naciągane, w środku tego główna bohaterka, która nie wie czego chce i jedyne, co wpada się w oko to jej ogromne wymalowane usta, krzywe nogi i nachalne rzucanie kitką na prawo i lewo.



Kamuflaż- sezon III-początek sezonu wciągający, środek bardzo naciągany, sztuczny, główna bohaterka niczym Superman w połączeniu z McGyverem radzi sobie nawet w najgorszej opresji, koniec sezonu-znów robi się ciekawie, zwłaszcza, ze pojawia się prawie na stałe jedna z moich ulubionych postaci – agent Mosadu



Jeżeli chodzi o nowości w tym sezonie oglądałam 3 nowe pozycje:



Lekarze-wiem, że to polska kopia Chirurgów, że jest dużo podobieństw (nawet w ulubionej gazecie mojej babci „Świat seriali” poświęcono tym podobieństwom całe 2! Strony), ze mało realny jak na polskie warunki (chociaż nie do końca-byłam w szpitalu, który wyglądał podobnie, to jednak obsługa już nie była „serialowa”) to jednak mi się podoba, tak po prostu, bez ogromnych oczekiwań, rozdmuchiwania czy prawdziwe i realne czy nie. Tak na miłe zakończenie każdego poniedziałku. Do tego Magdalena Różczka - dla mnie jedna z najlepszych aktorek młodego pokolenia to taka wisienka na torcie. Bo oczywiście samym tortem jest wizualnie niewątpliwie Szymon Bobrowski ;)





Elementary - amerykańska wersja brytyjskiego Sherlocka Holmesa-wyjątkowo nieudana muszę przyznać. Dużo gorsza od pierwowzoru, od którego nie sposób się oderwać, tutaj wręcz przeciwnie-można spokojnie w trakcie iść zrobić sobie herbatę w trakcie. Jedyny plus to niektóre z prowadzonych przez duet Holmes-Watson spraw. Pomysł, żeby Watson był kobietą, mającą uratować Sherlocka narkomana od nałogu i jego samego może i nowatorski, to jednak w wykonaniu Lucy Liu pozostawiający wiele do życzenia. Sam Sherlock – niestety w przeciwieństwie do postaci granej przez Benedicta Cumberbatcha Ten jest męcząco irytujący, słaby psychicznie, żyjący w bałaganie, niewzbudzający sympatii. To taki serial z cyklu „można obejrzeć” jak nic innego do obejrzenia się nie ma.


I na koniec odkrycie sezonu – brytyjski serial nakręcony dzięki współpracy BBC i Cinemax – Hunted.




Główną bohaterką serialu jest Sam - tajna agentka równie tajnej prywatnej organizacji Bizantyum, z siedzibą w Londynie. Jaki jest cel działalności tej organizacji-nie wiadomo, czy działa we współpracy z MI6- nie wiadomo…pytań i niewiadomych jest mnóstwo, a odpowiedzi niestety nie przybywa w kolejnych odcinkach, więcej serial staje się coraz bardziej mroczny, a tym samym bardziej frapujący. Sam-cudem ocalała z postrzału-zasadzki wraca do swojej organizacji po roku, podczas którego nikt ze współpracowników nie wiedział, gdzie się ukrywała, jednocześnie w tym samym czasie okazuje się, że ktoś w Bizantyum jest podwójnym agentem, a polowanie na Sam wcale się nie skończyło. Więcej – oprócz zadania, które ma wykonać, znalezienia osoby, która ją wydała szuka również odpowiedzi na pytania z przeszłości, które pojawiają się w jej snach…Do tego odtwórczyni głównej roli Melissa George-wcześniej mi nieznana, ale doskonale odtwarzająca postać, którą gra, wreszcie mamy do czynienia z prawdziwą kobietą agentem. I do tego niesamowite ujęcia, genialne zbliżenia, kadrowanie oraz widoczna na każdym kroku „brytyjskość” nie tylko serialowa. Polecam.

Maria Nurowska - Drzwi do piekła

Musze przyznać, że z dużą niecierpliwością czekałam na lekturę tej książki Marii Nurowskiej. Miał to być zapowiadany powrót do starej, dobrej Nurowskiej, od której trochę się jednak odzwyczaiłam, bo ostanie jej książki jednak rozczarowywały. Jednocześnie nowatorki, odważny temat poruszony w tej książce miał być zapowiedzią przełomu.

"Życie, które stało się piekłem. Piekło, w którym odnajdziesz miłość.

Daria, dwudziestoletnia dziewczyna zakochała się w starszym od siebie mężczyźnie. Edward był wówczas redaktorem naczelnym pisma literackiego, widział w niej zdolną pisarkę i fascynującą kobietę. Nikt nie znał prawdziwego oblicza ich związku. Nikt też nie zrozumiałby takiej miłości, miłości-wyzwania, miłości-gry, miłości-kontroli. Daria kochała męża. I zabiła go. Z miłości. A potem zadzwoniła na policję. Skazana na dwanaście lat za zbrodnię w afekcie, trafiła do więzienia dla kobiet. Do piekła, które okazało się dla niej czyśćcem. Drogę do samej siebie odnalazła dzięki drugiej kobiecie...


Najnowsza powieść Marii Nurowskiej, historia o niebezpiecznej miłości, opowiada o najciemniejszych stronach kobiecej duszy. Zaledwie jeden krok dzieli Darię od zakochania do małżeństwa, od wyzwania do zdrady, od zaufania do kłamstwa, od poczucia władzy do zniewolenia. Najdłuższa droga, jaka ją czeka, droga przez piekło, prowadzi do wolności i zaakceptowania samej siebie.
"

Mimo, że akcja osadzona w miejscu, do którego myśli nie biegna, nie panuje sielanka, to jednak książka wciąga. Zderzenie ludzkich dramatów, historii, pomyłek, grzechów z potrzebami wysłuchania, akceptacji, fizycznej obecności tworzy mieszankę niespotykaną wśród mnożących  się na rynku opowieści o spełnionych kobietach, odnajdujacych siebie na polskiej prowincji. To bolesna historia Darii, która za zabójstwo swojego męża - Edwarda zostaje skazana na 12 lat więzienia. Ta intelektualistka, pisarka zostaje wtrącona do rzeczywistości, w której jedyną zasadą jest przeżyć i nie dać się upodlić. Okazuje się, że obrana przez nią droga kompletnej izolacji wobec innych całkowicie się nie sprawdza i że trzeba będzie jednak o swój kawalek intymności powalczyć. Jednoczesnie - dzięki odpowiednio skonstruowanej narracji, gdzie zdarzenia aktualne przepaltają się ze zdarzeniami z przeszłosci bohaterki - poznajemy też Darię uwikłaną w dziwne małżeństwo, gdzie sama narzucając reguły braku wierności wplątuję się w grę, której staje się niewolnikiem. Powiem szczerze - głupota bohaterki mnie po prostu odstręczała, ciężko mi było momentami czytać o życiowej głupocie głównej bohaterki. Zabrakło mi też pewnego elementu skruchy, jakiś przemysleń nad tym co zrobiła. Owszem angażuje się, pomaga innym, ale ona jakby stawiana jest na drugim planie. W pewnym momencie chcialam o niej wiedzieć więcej i moje chęci niestety nie zostąły zaspokojne. Pozostał niedostyt - puzle z życia porozrzucane niechronologicznie przez autorkę nie dały odpowiedzi na wiele pytań.
Z chęcią sięgnę po książke opisującą dalsze losy Darii. Z nadzieją, że moje oczekiwania tym razem zostaną spełnione.
Na razie moja ocena pierwszej części z frapującą okładką 7,5/10

niedziela, 25 listopada 2012

Juraj Červenák - Władca wilków

Swego czasu bardzo interesowałem się średniowiecznymi dziejami Europy oraz Polski i o ile tematyka ta jest mi bliska, o tyle dzięki opracowanemu programowi nauczania wiem, że polska powstała około roku 900 a wcześniej to tu "nie było nic"...

Nie byłem w stanie gładko przejść z tematyki Bizancjum, Karola Wielkiego do tematu ziem słowian, dlatego czytając "czeskiego wiedźmina" opartego na historycznym świecie odkryłem luki w swojej edukacji. Dopiero poprzez poznanie twórczości Cervenaka poznaję trochę ten okres - i bez znaczenia już jest gdzie dokładnie akcja się toczy bowiem czuje się słowiańską więź wspólnych korzeni.

Powieść czyta się gładko, łatwo i przyjemnie, może z tym przyjemnie trochę przesadziłem, bo niektóre opisy potrafią być nieco "krwawe", ale moim zdaniem to jeszcze bardziej urealnia spisaną historię.

Władca wilków nie tylko wprowadza nas w wymieniony świat, wprowadza również bohaterów, których mam nadzieję polubię bardziej sięgając po kolejną pozycję - Miecz Radogosta. Bohaterowie są jak w każdej prawie fantasy kolorowi i dobranie na zasadzie kontrastów (piękna czarodziejka, wielki mocarz, doskonały łucznik itd) a główny bohater, który sam w sobie jest niezłym zabijaką, to jeszcze otrzymuje boską moc, dowiaduje się, że jego rodzice nie są jego rodzicami, a sam jest ostatnim z rodu... Trochę może banalne początki, ale podobno najważniejsze są końce.
6/10

Książkę przeczytałem dzięki uprzejmości Instytutu Wydawniczego Erica


PS. Nie wiem czy prawidłową nazwą jest Czarnoksiężnik czy Czarownik, okładka i zawartość nie są w tym temacie zgodni ;)


"Władca wilków to pierwszy tom opowieści o zemście potomka bogów, wojownika Rogana, wspieranego przez wilka z zaświatów, Gorywałda.


Prawie dziesięć lat walczył w wojnach, które doprowadziły do rozbicia imperium Awarów, rozciągającego się na równinach pomiędzy Dunajem a Cisą. Należał do drużyn słowiańskich książąt, był najemnikiem, walczącym po stronie Karola Wielkiego, służył w szeregach armii bułgarskiego chana Kruma. "

czwartek, 15 listopada 2012

Sofie Sarenbrant - 36 tydzień

Przeczytałam już całkiem sporo skandynawskich kryminałów, że moje oczekiwania są całkiem spore. Zwłaszcza od książki polecanej wielbicielom Camili Lakerberg.

"Koniec lata w Brantevik, małej wiosce rybackiej. Dwa małżeństwa spędzają razem ostatni tydzień wakacji. Johanna i Agnes, najlepsze przyjaciółki, wkrótce urodzą dzieci. Agnes żyje w ciągłym stresie. Jej mąż każdego dnia prowokuje kłótnie. Przyjaciele chcąc załagodzić konflikt i rozładować napiętą atmosferę, wybierają się do miejscowego pubu na wieczór karaoke. Agnes, zdenerwowana zachowaniem pijanego męża, wychodzi. Rano okazuje się, że zniknęła. Zaginięciem kobiety zaczynają interesować się media, a policja robi wszystko, by wyjaśnić sprawę. Wkrótce wydarzenia przybierają niespodziewany obrót. Rozpoczyna się wyścig z czasem…"


Czytając recenzje innych czytelników mam wrażenie, że miałam w rękach inną książke niż oni...
Trzymająca w napięciu akcja, momentami brutalna, tylko dla ludzi o mocnych nerwach, olsniewający debiut... Ja tego nie zauważyłam... Przeczytałam książkę bez większego, zapowiadanego napięcia, czytałam dużo więcej lepszych kryminałów, takich, o których naprawdę trudno się oderwać. Tutaj mimo, że temat i zamysł nowatorski - porwanie ciężarnej kobiety, to samo "wykonanie"pozostawia wiele do życzenia. Postacie są jakieś takie blade, pozbawione wyrazistych cech, wątki poboczne słabo rozwinięte. Jedyny plus-rzeczywiście dopiero pod koniec książki dowiadujemy się co się działo z porwaną, tak, że rzeczywiście musimy doczytac prawie do końca, żeby dowiedzieć się szczegółów. Natomiast samo rozwiązanie-dla mnie wydaje się całkowicie abstrakcyjne, tak jaby wszyscy wokoł sprawców byli ślepi i nie widzieli co się dzieje. Więcej szczegołów nie będę zdradzac na wypadek, gdyby jednak ktoś pokusił sie o przeczytanie tej pozycji.

Moja ocena 4/10

środa, 14 listopada 2012

Dorota Combrzyńska-Nogala - Drewniak

Kolorowa okładka, można powiedizeć nawet nieprzewidywalna i szalona...Intrygująca, mało mówiąca o tym, co jest w środku...

"Pewnego dnia Łucja Nowakówna kupuje kolejne, ale za to wyjątkowo dizajnerskie śliwkowe buciory, rzuca chłopaka, wygodne mieszkanie

i przeprowadza się do odziedziczonego po wuju drewniaka bez porządnej łazienki, ale za to z piecem i dzikim lokatorem. Do tego momentu, oprócz nudnego narzeczonego, miała tylko przyjaciela z dzieciństwa, napakowanego łysola Bronka Skrzętnego. Teraz zaprzyjaźnia się z nowymi sąsiadami: karlicą panią Marlenką, handlarzem antyków Władkiem Szuszfelakiem, synem zmarłej lokatorki wuja, filmowcem przyrody – Januszem Poniewieskim, a także patykowatą Basią z trójką podobnych do niej dzieci.

Łucja rysuje komiks, do którego potrzebuje marionetki. W tym celu udaje się do teatru lalkowego, gdzie poznaje bardzo przystojnego i uwodzicielskiego aktora Walerego Dębowskiego. Od pierwszych taktów wspólnie przetańczonego tanga jasne jest, że niesamowicie pociągają się wzajemnie, ale dziewczyna klasyfikuje go jako maczo i nie chce o nim myśleć.


W dodatku, w okolicy drewniaka zaczyna pojawiać się niezwykły klaun…"


Pierwsze wrażenie po przeczytaniu książki-zakręcona historia, która dzieje się w Łodzi. Mogłabym nawet powiedzieć, że to z tego, co pamiętam pierwsza przeczytana przeze mnie książka, której akcja dzieje się współcześnie w mieście, które znam tak dobrze. Niewątpliwie dla mnie to duży plus lektury tej książki, bo znam miejsca, gdzie dzieje się akcja.
Mimo, że samego DREWNIAKA nigdy nie widziąłm, jednak jestem w stanie sobie wyobrazić, gdzie umiejscowiła go autorka i jak on wygląda. Tytułowe miejsce, to dom odziedziczony całkowicie niespodziewanie przez szaloną artystkę - Łucję po wujku, którego nie znała. Zaskakujący, jak się później okazuje problematyczny spadek ułatwia bohaterce podjęcie przełomowej decyzji w życiu i przeprowadzkę do całkiem innego miejsca czy nawet można by powiedziec świata. Świata, które skrywa tyle tajemnic, że starczyłoby na kilka innych powieści.  Do tego szalone przygody, zwroty akcji, romasne, historie miłosne, komedie pomyłek, odrobina szaleństwa, pikanteria seksu-wszystko to znajdziemy w książce Doroty Combrzyńskiej-Nogali. Wcześniej nie znałam twórczości tej autorki, ale po lekturze tej pozycji z pewnością bedę szukać kolejnych pozycji.
Ogromne zmiany w życiu Łucji - szalonej, całkowicie nieprzewidywalnej, oddziaływują na zycie jej nowych przyjacół, którzy tak różni od niej próbują sobie poukładac swoje problemy. Autorka serwuje nam tak barwny korowód postaci drugoplanowych, ze momentami ciężko stwierdzić, kto tutaj tak naprawdę jest pierwszoplanowym bohaterem.
Do tego elementy wróżbiarstwa, magii, duch krażący nad Drewniakiem i powiedzmy, że przedstawiłam wam okrojony zarys tego, co możemy znaleźć w tej książce...
Zapomniałam o najważniejszym-wątku miłosnym, całkowicie nieprzewidywalnym jak i cała ta historia.
Chyba więcej pisać nie muszę...?Polecam na jesienno-zimowe wieczory.


Za możliwość recenzji dziękuję Wydawnictwu 

Moja ocena 8,5/10


czwartek, 8 listopada 2012

Jeffery Deaver - Ogród bestii

"Ameryka połowy lat trzydziestych ubiegłego wieku. Paul Schumann, nowojorczyk niemieckiego pochodzenia, jest wykonawcą mafijnych wyroków. Podczas jednej z akcji wpada w pułapkę. Dostaje jednak wybór: albo trafi na krzesło elektryczne w Sing-Singu, albo dokona ostatniego zamachu, zabijając - dla dobra ojczyzny - głównego architekta nazistowskiej remilitaryzacji, Reinharda Ernsta.
W Berlinie Paul tropi Ernsta, uciekając przed siłami bezpieczeństwa Trzeciej Rzeszy. Musi się także strzec wyjątkowo przenikliwego detektywa, inspektora policji kryminalnej. Akcja, pełna nieoczekiwanych zwrotów, toczy się w sercu niemieckiej stolicy gorączkowo przygotowującej się do igrzysk olimpijskich 1936 roku i pragnącej pokazać światu pokojowe oblicze. Atutem powieści jest dbałość autora o szczegółowy obraz epoki i oddanie atmosfery Niemiec dławionych faszystowskim terrorem."


Robiłam dwa podejścia do tej książki, ale drugie było na tyle skuteczne, że nie mogłam się oderwać ;)
Książka, która opowiada o śledztwie, które toczy się 80 lat temu, a mimo wszystko wciąga, ciekawi i intrykuje. Jednym słowem rewelacja. W dobie superszpiegów z cudownymi możliwościami i sprzętem, filmów kryminalych dopracowanych do najmniejszego szczegółu zdawaloby się, że niemozliwym jest napisanie dobrej książki, w której śledczy stosują dopiero raczkujące w tym czasie metody, bez których współczenie nie można sobie wyobrazić porządnego kryminalu. A jednak. Niemieccy policjanci zachwycają błyskotliwością, swoją dedukcją i nieprzewidywalnością.
Dla mnie niesamowicie ciekawy, czasem nawet szokujący jest ukazany przez autora obraz życia zwyczajnych ludzi w czasach III Rzeszy- doskonałe tło historyczne, mnóstwo ciekawostek-jak chociażby te o faszystwskich ubraniach, a także wpływ terroru na zwykłych obywateli. Wiele można przeczytać o prześladowaniach Żydów, tu autor ukazał również problemy zwykłych obywateli, którzy ośmielają się mieć inne poglady niż rządząca partia. Warto przeczytać chociazby dla tego aspektu.
Rzadko zdarza się, żeby Amerykanim tak rzetelnie opisał europejską rzeczywistość w tak specyficznym okresie historii-obiektywizm, duża wiedza historyczna, bez uprzedzeń, prosto, po prostu dobrze, odpowiednio i nieamerykańsko.
Do tego plejada postaci, którą stworzył Deever jest własnie taka jaka powinna być-wywarzona liczba, tak w sam raz, doskonała proporcja pomiędzy drugoplanowymi (jak chociażby olimpijczycy) a pierwszoplanowymi. Do tego kazdy z nich jest w jakiś sposób charakterystyczny, niektórzy mają w sobie to COŚ, no i Paul, pracujacy na zlecenie mafii - powiniem wzbudzaj conajmniej mieszane uczucia, bo jednak to płatny zabójca, jednak i tu autor nas zaskakuje, bo okazuje się, że osąd może nie być aż tak oczywisty jak mogłoby się wydawać.
Więcej nie zdradzę-może zachęci was to do lektury.

Moja ocena 9/10

środa, 7 listopada 2012

Minął rok...

Tylko dzięki opcji przypominania w telefonie uświadomiłam sobie, że nasze blogowanie trwa już rok :)
Nasz pierwszy wpis pojawił się 1.10. Tutaj można go przeczytać
Cieszy nas to blogowanie coraz bardziej, wprowadza pewną syatematyczność, uporządkowanie, ale też przygodę, możliwość pozanania innych blogujących-inspirujących.
Dziękujemy wszystkim, którzy nasz blog oglądają, podczytują i komentują :)Polecamy się na przyszłość.

Pozdrawiamy
Czytający klub A&A

poniedziałek, 5 listopada 2012

Jacek Inglot - Wypędzony Breslau-Wrocław 1945

"Wypędzony to opowieść o świecie w epoce wielkiej przemiany, o śmierci niemieckiego Breslau i narodzinach polskiego Wrocławia. Po wojnie oba narody stanęły w obliczu historycznej katastrofy, zmuszone do opuszczenia swych "małych ojczyzn" - Polacy Kresów, Niemcy Dolnego Śląska. Miliony ludzi zostały wypędzone z własnej ziemi. Powieść nie boi się trudnych pytań, podważa stereotypowe wizerunki Polaków i Niemców, opowiada o ludziach uwikłanych w dramat tamtych czasów.
Początek czerwca 1945 roku. Do zniszczonego, dopiero co zdobytego Wrocławia przybywa Jan Korzycki, uciekający przed UB porucznik Armii Krajowej. Zacierając za sobą ślady, pod przybranym nazwiskiem wstępuje do milicji. Otrzymuje

zadanie wytropienia "komendanta Festung Breslau", jak każe się tytułować przywódca konspiracyjnego niemieckiego Werwolfu. Korzycki usiłuje przeżyć w obcym, pogrążonym w chaosie i bezprawiu mieście, broniąc jego mieszkańców przed szabrownikami i niedobitkami nazistów."

Początki innej, nowej Polski zaraz po zakończeniu działań wojennych to ostatnio dość modny temat zarówno produkcji filmowych, jak i książek. Ja akurat ostatnio można powiedzieć "jestem na bieżąco", oglądam Czas Honoru, widziałam Małą Maturę 1947, dlatego też z ogromną ciekawością sięgnęłam po książkę Jacka Inglota.
Pierwsze wrażenie - ogromna plastyczność, detaliczne opisy, tak, że czytelnik ma wrażenie, że spaceruje wraz z głównym bohaterem po ulicach Wrocławia, czy też raczej w tamtym czasie jeszcze Breslau. Mnóstwo szczegółów działających na wyobraźnię dodatkowo wzbogacało lekturę. Breslau to nie powojenna Warszawa, o której można przeczytać wszędzie  o której dużo się mówi, szeroko dyskutuje jej powojenne życie. Breslau to miasto, które niemal całkowicie zniszczone, chwilowo niczyje, miasto którego mieszkańcy żadnej narodowości tak naprawdę nie mogą się czuć ja u siebie. I o tej właśnie przejściowości pisze autor, przedstawiając miejsce, z którego raczej się ucieka niż z miłością wraca. Breslau-Wrocław to niewątpliwie główny bohater powieści Inglota.
Drugie wrażenie-odwaga autora do zmierzenia się z tematem, który jest raczej omijany przez polskich autorów-zachowanie Polaków (zwycięzców?) na ziemiach, które zostały im przydzielone. Z jednej strony to uciekinierzy od przeszłości-tak jak Jan, którzy widzą w wym mieście szansę na inne, lepsze życie. Ale to także Polacy złodzieje, szabrownicy  który w swojej pozycji wygranego widzą szansę na swoistego rodzaju wzbogacenie się kosztem łupów zdobytych na dotychczasowym okupancie. Bolesna prawda o historii, o której wielu chciałoby zapomnieć. Trudne decyzje, niejednoznaczne wybory uwikłane w karty historii. Czasem przerażające, żenujące, ale mimo wszystko wciągające od pierwszej strony. To nie jest już Breslau Krajewskiego, to Breslau Inglota, którzy burzy stereotypy i nie boi się pisać o tym, co niewygodne. Nic nie jest jednoznaczne, nie sposób ocenić postępowania bohaterów, bo w końcu może lata wojenne dają im prawo do właśnie takich zachowań, a "zwykli" Niemcy, mimo, iż nie uczestniczyli w działaniach wojennych to jednak wybrali Hitlera na swojego kanclerza. Okazuje się, że tutaj nikt tak naprawdę nie jest zwycięzcą.

Jak pisze autor w swojej notatce na końcu książki:

" Pragnąłem opowiedzieć, co naprawdę zdarzyło się z "tamtym" miastem, zastanowić się nad jego dramatycznym schyłkiem, w którym odegraliśmy niezbyt chwalebną rolę. Breslau bowiem nie przestał istnieć jednego dnia, 6 maja 1945, w dniu kapitulacji twierdzy. Konał jeszcze przez wiele miesięcy i to my Polacy, pomagaliśmy mu umierać".






Ten zamysł niewątpliwie udał się autorowi, gorzej moim zdaniem z samą akcją, która miała się odbywać na te ostatnich chwil w Breslau, a pierwszych dni Wrocławia. Poszukiwania komendanta Festung Breslau to jednak tylko jakiś poboczny wątek, jakby poza głównym nurtem, a szkoda, bo wydaje mi się, że można byłoby go rozwinąć, podkręcić akcję, wzmocnić napięcie-myślę, że to główny i w zasadzie jedyny minus tej powieści. Ale może to jednak celowy zabieg autora, żeby w ten sposób nie przyćmiewać głównego bohatera powieści-miasta walczącego o swoją przyszłość z historią, uprzedzeniami i ludzkimi słabościami.

Moja ocena 8,5/10

Za możliwość przeczytania tej książki dziękuję Instytutowi:

piątek, 26 października 2012

Martyna Wojciechowska - Zanzibar

"Podobno to właśnie zapach tej wyspy skusił kiedyś portugalskich żeglarzy, którzy odkryli dla Europejczyków Zanzibar - wyspę leżącą u wybrzeży Tanzanii. To królestwo przypraw - powietrze jest tu przesiąknięte wonią goździków, cynamonu, gałki muszkatołowej, imbiru, kardamonu, wanilii... Jeżeli do tego dodacie błękit oceanu, najpiękniejsze plaże jakie widziałam to jest właśnie Zanzibar - raj na ziemi. Uprzedzam, że z bliska jest jeszcze bardziej atrakcyjny.

Mnie jednak najbardziej zaintrygowała praktykowana na tej wyspie poligamia - każdy mężczyzna wyznający islam może poślubić nawet cztery żony. Ale raczej nie ma mu czego zazdrościć, ponieważ najpierw musi za nie zapłacić, potem każdej żonie zapewnić oddzielny dom, kupić dokładnie taką samą biżuterię i z każdą spędzić dokładnie tyle samo czasu... Ja na kilka dni zamieszkałam z dwoma żonami jednego męża próbując znaleźć odpowiedź na pytanie czy zazdrość o inną kobietę jest cechą wrodzoną czy nabytą poprzez wychowanie? Odpowiedź znajdziecie w tej książce."




Malutka książeczka z dużą ilością zdjęć, ktora nie jest ani książką pordóżniczą ani przewodnikiem, chociaż zawiera elementy jednego i drugiego. Taka pozycja, mam wrażenie wydana na siłę, w zasdzie zawiera wszystko, to co można bylo zobaczyć w programie i przeczytać w książkach powstałych na jego podstawie. Jedyną różnicą jest wstęp-typowe informacje dla przewodnika-o tym jak przygotowac się do podróży i w telegraficznym skrócie co zobaczyć. W dalszej części pozanejemy historię 2 kobiet z poligamistycznych małżeństw.  Jak dla mnie zbyt płytko, zbyt ogólnikowo i powierzchownie, tak jakby koniecznie miała się zmieścić na tych kilkudziesięciu małych karteczkach. Do tego na końcu motyw młodego mieszkańca Zanzibaru z politycznymi aspiracjami, wzorującego się na Baracku Obamie-zupełnie bez zwiazku z pierwszą częścią. I tak naprawdę nie wiadomo po co. Szkoda czasu, lepiej już sięgnąć po "pełnowymiarowe" książki Martyny.

Moja ocena 5/10 za fajne zdjęcia

czwartek, 25 października 2012

Manuela Gretkowska - Agent


Bardzo sensualna, plastyczna I klimatyczna książka Manueli Gretkowskiej. Pewnie sporą zasługą tego właśnie mojego pierwszego odczucia jest to, ze książkę tą miałam dostępną w formie audiobooka czytanego przez Marka Konrata. To z pewnością potęgowało wrażenie.
Moja znajomość z twórczością Gretkowskiej jest jak sinusoida od zachwytu do zniechęcenia. Ta książka jest chyba gdzieś tak pomiędzy.

„Trzymająca w napięciu, doskonale, wręcz filmowo opowiedziana historia zaskakującego trójkąta miłosnego między Izraelem a Polską. Wciągająca, na przemian zabawna i wzruszająca fabuła z przejmującym finałem to jak zawsze u Gretkowskiej pretekst do mówienia o ważnych, niełatwych sprawach zamiatanych pod dywan poprawności.

Szymon Golberg, ocalały z Holokaustu, ciągle atrakcyjny 60 –latek, biznesmen prowadzi podwójne życie. Kochającą go żonę Hannę zostawia coraz częściej w Tel Avivie żeby wyjechać służbowo do Polski. W Warszawie ulokował nie tylko firmę ale i nową miłość. Z młodą kochanką Dorotą ma syna. Szymon kocha obie kobiety i tak samo je oszukuje. Ale pewnego dnia, gdy żona postanawia odwiedzić go w Polsce, sytuacja wymyka się spod kontroli. Jego życie zamienia się w karuzelę komiczno-dramatycznych wydarzeń.

Gretkowska, jak zwykle bezkompromisowo analizuje trudne relacje męsko-damskie. Odważnie punktuje absurdy polskiej rzeczywistości: hipokryzję, nacjonalizm, dwuznaczną rolę Kościoła, stereotypy polsko-żydowskie, uprzedzenia.
Tworząc wielowymiarowe i sugestywne postacie nie pisze o narodach lecz o ludziach. Oni są najważniejsi: skomplikowani, wrażliwi, pogubieni. Każdy z nas jest przecież inny: „Kiedy wychowa się wreszcie ludzi na ludzi, a nie na Żydów, Niemców, Palestyńczyków, Serbów, Polaków?“ – zadaje pytanie jeden z desperowanych bohaterów tej książki.

„Agent“ to poruszająca powieść o sile uczuć, ukrytych pragnieniach, kłamstwie z miłości i jej braku, ze wszystkimi dramatycznymi konsekwencjami.”





Przeczytałam bardzo zachwalającą recenzję tej książki i nastawiał się na ogromne WOW, tymczasem WOW okazało się być de facto trochę mniejsze.
Dla mnie największe zaskoczenie to świat Izraela widziany oczami jego mieszkańców, dotkniętych historia-zarówno swojego narodu jak i własnymi przeżyciami tak bardzo determinującymi ich aktualne miejsce. To także zaskakująca opowieść o mężczyźnie, kochającym dwie kobiety i dwie swoje rodziny. I co jeszcze bardziej zastanawiające  nie byłam w stanie mimo tego ocenić go negatywnie, mimo, że nie jest to aprobowany przeze mnie model. Wraz z Szymonem poznajemy jego izraelską rodzinę-żonę Hannę, z która związany jest od 40 lat, córkę Miriam i historię zmarłego syna i polską wraz z zakochaną w nim młodą Dorota i ich małym synkiem Dawidem.
Rozdarty pomiędzy dwoma światami próbuje żyć, zachowywać tajemnice, sprawdzać się jako mąż, partner i ojciec. Czasem ma się wrażenie, że Szymon w Izraelu, to Szymon, który żyje jak przyszło mu żyć, pewien konformista, który nie walczy już o szczęście córki, bierze świat taki, jaki zastał, nie chce go zmieniać. Szymon w Polsce to ojciec przezywający druga miłość i układający swoje życie, tak jakby chciał, żeby wyglądało, gdyby dano mu kolejną szansę na ponowne przeżycie ostatnich 20-30 lat. To taka walka z przyszłością i próby utrzymania się na powierzchni-jakby życiem z Dorota rekompensował sobie wszystko, to co go ominęło lub nie udało się mu osiągnąć. Z drugiej strony to mężczyzna wyjątkowo niezdecydowany, chciałoby się powiedzieć mało ogarnięty, za którego prezenty kochance kupuje jego pracownik. Jednocześnie to ojciec, który  ani nie potrafi walczyć o swoją córkę ani zaakceptować jej wyboru męża – ortodoksyjnego Żyda. Podczas lektury cały czas się zastanawiałam, czy Szymon bardziej mnie ciekawi czy bardziej irytuje, do tej pory nie wiem.
Co mi się w książce podobało-taka współczesność Gretkowskiej- katolicka Polska zderzona z przyjeżdżającymi do niej Żydami. Nie tylko tymi, którzy robią tu jakieś interesy, ale także wycieczkami młodzieży izraelskiej. To, co również zasługuje na wzmiankę do spora wiedza na temat współczesnego życia w Izraelu, wiele ciekawostek, informacji mi nie znanych.
Co rozczarowuje? Tandetne zakończenie, przede wszystkim, zbyt proste i zbyt przewidywalne. „Niedociągnięte” wątki poboczne – jak ten związany z córką Szymona, czy też wątki, które można byłoby pominąć – perypetie Gugla z jego dziewczyną.

Nie wiem, czy mi się ta książka podobała, zaciekawiła mnie i za to ocena 6/10

czwartek, 18 października 2012

Victora Cosford - Amore i amaretti. Opowieści o miłości i jedzeniu w Toskanii


Ciągnie mnie nieodmiennie do Włoch, mam za sobą już kolejną książkę, która opisuje uroki tego kraju.

Tym razem to pozycja, którą dostałam do zrecenzowania od Wydawnictwa Bellona - "Amore i amaretti. Opowieści o miłości i jedzeniu w Toskanii".


„Toskania to kraina czarów. Chodzi o czar powabnego krajobrazu, szacownych zabytków i pełnych temperamentu ludzi. Cywilizacja rozwija się tu od czasów antycznych, ale najwspanialsze zabytki Florencji,...""Toskania to kraina czarów. Chodzi o czar powabnego krajobrazu, szacownych zabytków i pełnych temperamentu ludzi. Cywilizacja rozwija się tu od czasów antycznych, ale najwspanialsze zabytki Florencji, Sieny czy Pizy pochodzą z czasów Renesansu. Mimo tylu lat intensywnego rozwoju człowiek nie zepsuł cudownego, naturalnego pejzażu tej ziemi, pełnego malowniczych pagórków. Wzbogacił go tylko o doskonale komponujące się z krajobrazem winnice. Bo wino (Chianti!!!) to również symbol krainy. Podobnie jak smakowite potrawy kuchni włoskiej. Wiele przepisów na tradycyjne dania włoskie i typowo toskańskie znajdziecie Państwo na kartach publikacji. Toskania od wieków jest celem pielgrzymek zakochanych w niej podróżników. Oczarowała także autorkę tej książki. A tytułowe amaretti to urocza gra słów. Chodzi zarówno o miłostki, jak też typowe toskańskie ciasteczka”



I jak to zawsze kojarzy się z Włochami książka jest przede wszystkim o jedzeniu, więcej jest niesamowicie pyszna…, bardzo klimatyczna, sensualna, działająca na wszystkie zmysły. Każda strona to wyjątkowo malownicza historia dotycząca równych aspektów życia we Włoszech. Rozkochana w Toskanii australijska dziennikarka Victoria odsłania przed nami magiczną krainą pachnąca pomidorami, czosnkiem i dobrym winem. Przedstawia również Włochów razem z wszystkimi ich wadami i przywarami, żeby się nie wydawało, że jest tak idealnie.

Ciekawym zabiegiem jest również umieszczenie przepisów potraw, o których w danym miejscu czy rozdziale wspomina autorka. Może nie wszystkie czytelnik będzie mógł ze względu na dostępność czy cenę składników, wykorzystać, ale niektóre mogą być inspirujące – ja z pewnością wypróbuję szpinak z dodaną oliwą z oliwek  na zimno.

Jedyne co nie podobało mi się w tej książce to zapowiedź AMORE, który to temat został zmarginalizowany przez uroki smaków i zapachów włoskiej przygody autorki-ale to już moje prywatne odczucie.

Książkę polecam, szczególnie w chłodne wieczory, tylko ostrożnie nie wolno jej czytać z pustym brzuchem ;) a no i najlepiej jest wcześniej zaopatrzyć się w dobre wino Chianti, żeby radość z lektury była pełniejsza J


Moja ocena 7,5/10
Za możliwość przeczytania tej książki dziękuję Wydawnictwu


wtorek, 16 października 2012

C.S. Friedman - Obcy Brzeg

Oglądałem kiedyś wszystkie filmy dotyczące rozwoju komputeryzacji i związanej z tym przyszłości, od Gier wojennych(1983) do Matrixa, od Tronu do Tronu, od Lawnmower man do Johnny Mnemonic, i bardzo często wątpiłem w artystyczne wizje kreujące trójwymiarowy świat danych... Tak jakby ktoś zapatrzył się na kolorowe światełka i pomyślał "nie wiem co to jest, ale w przyszłości będzie fajne". Jakoś nikt nie potrafił mnie przekonać, że nagle dane będące zwykłym linearnym zapisem mogą stać się światem w trzech wymiarach. W ogóle jak można przenosić nasze trójwymiarowe zasady, poruszania się w trzech kierunkach, oraz na osi czasu do świata danych... W sensie można tylko po co, w jakim celu, kiedy struktury danych mogą mieć nieskończenie wiele wymiarów.
Proste ćwiczenie: wyobraźcie sobie tabelę, która ma cztery wymiary (albo co tam, niech będzie trudno - sześciowymiarowa tabela), a potem narysujcie, tak, żeby były ładne kolorowe światełka...
Aż tu nagle trafiłem na kogoś, kto dyskretnie mnie przekonywał, że można i że czasem to ma sens. Uwierzyłem, że graficzne przedstawienie kodu wirusa może mieć kształt zbliżony do cząsteczki kwasu deoksyrybonukleinowego, a to tylko dlatego, że programista jest estetą...

Ok, graficzne przedstawienie kodu wirusa, a tworzenie całego wirtualnego świata to dwie różne sprawy, rozchodzi się przede wszystkim o interfejs....

Dość.. może napiszę wreszcie coś o książce?

Obcy Brzeg to naprawdę porządna pozycja. Zawiera nowy wymiar kosmosu (nie wirtualny ale rzeczywisty), który rządzi się innymi prawami niż nasze standardowe 3d, zawiera programistów, mutanty i półcyborgi, które w swoim mózgu "instalują" hardware, podróże kosmiczne, ucieczki przed potworami (również tymi ludzkimi) i wszystko to w całkiem dobrym smaku. Jeśli jest potwór to jak u Franka Herberta - zasadnie, jeśli jest gospodarka i monopol, to też ma to swoje uwarunkowania.

Najważniejsze, jest w tej powieści akcja. Nie można się znudzić wątkami, jedyne co mi przeszkadzało, to gdy jeden wątek się chwilowo przerywał. Strasznie żałowałem, że muszę zostawić tych bohaterów a zająć się innymi postaciami, ale potem szybka adaptacja i znów bolesne rozstanie z kolejnym wątkiem... Wszystko jednak łączy się na końcu tak jak powinno, wiemy kto jest kto i dlaczego.

Moja ocena 9/10

piątek, 12 października 2012

Małgorzata Musierowicz - McDusia


„Książka w sam raz pod choinkę! Długo wyczekiwana kolejna część „Jeżycjady” pozwala znów zajrzeć do przyjaznego domu Borejków, akurat w okresie świąt Bożego Narodzenia. Przybycie Magdusi, córki Kreski, powoduje piorunujące zmiany w spokojnym życiu rodziny, a z okazji ślubu Laury uruchamia działanie osławionego Fatum. Śmieszna, miła, ale i refleksyjna powieść Małgorzaty Musierowicz jak zwykle podnosi na duchu i krzepi, bawi do łez i uczy, skłania do zastanowienia nad sprawami wielkiej wagi.”

Czekałam 3 lata, jak tylko dostałam ta książkę wiedziałam już, że w to popołudnie nie zrobię już nic innego – emocje I oczekiwania mi nie pozwoliły… I rzeczywiście spędziłam bardzo przyjemnie czas… całe popołudnie tylko ja i Borejkowie…
W tych książkach jest jakaś ciepła magia, która sprawia, ze jest ci po prostu dobrze, czujesz się całkowicie zadomowiony, przytulony i posadzony przy rodzinnym stole…
Akcja – dość szablonowo jak na Musierowicz dzieje się w okolicach Bożego Narodzenia, kiedy to kolejna z wnuczek Ignacego i Mili wychodzi za mąż – tym razem to Laura. I oczywiście jak zawsze mimo wydawałoby się domknięcia na ostatni guzik nie obędzie się bez komedii pomyłek, splotu niefortunnych zdarzeń, które mogą zdarzyć się tylko w tym właśnie domu w Poznaniu…
Chyba jednak mimo swojej cudowności, tego samego, co przez lata klimatu wydaje się, że autorce trochę zabrakło siły/pomysłu/ochoty, żeby tchnąć świeżego powiewu do tak oczekiwanej przez fanów części – znów jak i w kilku poprzednich mamy tu do czynienia z konfliktem pomiędzy kuzynami Józefem i Ignacym, przewidywalne wpadki i konflikty… Chyba chciałabym, żeby mimo wszystko autorka trochę mnie jednak zaskoczyła. Może uda się jej to w kolejnej części „Wnuczce do orzechów”– mam nadzieję, że nie trzeba będzie na nią tak długo czekać jak na „McDusię” ;)
Troszkę chyba też zabrakło mi większego zamieszania, uwagi czy zainteresowania wokół pary, która zdawałoby się powinna być w centrum – Laury i Adama. Chętnie dowiedziałabym się więcej o nich i ich wspólnym życiu.
Tym niemniej jak zawsze spotkanie z Borejkami, Poznaniem i Jeżycami skłania do refleksji, przemyśleń – chociażby za sprawą swoistych „testamentów” profesora Dmuchawca. Książka wzrusza, uspokaja, przywraca wiarę w ludzi. Czyli jest idealna na pogody, które mamy za oknem ;)
Może nie będzie to moja ulubiona książka z całej serii (pozostanę zdecydowanie fanem pierwszych tomów), jednak jak zawsze będę chętniej do niej wracać.

Moja ocena 8,5/10