czwartek, 30 maja 2013

Sabina Czupryńska - Kobiety z domu Sonii

Pięć pokoleń kobiet. Chcą być piękne i kochane, muszą zawalczyć o siebie i swoje szczęście.
Historia rozpoczyna się w małym miasteczku, a kończy w wielkim mieście. Jest jak rodzinny album z pożółkłymi zdjęciami, na których wrażliwy fotograf uwiecznił pięć wyjątkowych kobiet: prababcię Antonię, jej córkę Julię, wnuczki Basię i Jagodę oraz prawnuczkę Sonię. Wszystkie, połączone więzami krwi niczym łańcuchem splecionych rąk, przekazują sobie to, co w nich najpiękniejsze, ale i to, co głęboko skrywane.



Każda z nich kocha, tęskni, pragnie, uczy się żyć, szuka rozwiązań. Zdobywa i porzuca. Pięknie wygląda z papierosem, za kierownicą malucha czy w markowej sukience. Każda spotyka mężczyznę lub kilku i próbuje uwolnić się od tajemnicy z przeszłości, odnaleźć szczęście, odmienić los nieświadomie wyznaczony jej przez matkę, babcię, prababcię. Każda z nich ma na to szansę. Każda z nas też."




Jak tylko wypatrzyłam ją w antykwariacie, wiedziałam, że będzie moja - przyciągająca okładka, nawiązująca do "Matek, żon, czarownic" i do tego zapowiedź lektury kolejnej babskiej sagi rodzinnej. Stało się jednak inaczej, ogromnego oczarowania bowiem nie doczekałam się podczas lektury.

Jeżeli podobnie jak ja oczekujecie od tej książki ciepłej opowieści o kobietach połączonych wspólnym dziedzictwem, miłością albo tajemnicą to na pewno nie była to taka historia. Autorka zaserwowała czytelnikom książkę o trudnych relacjach, ciążących tajemnicach, braku miłości, egoizmie i toksycznej miłości. A jeżeli dodamy do tego samobójstwo ojca tytułowej bohaterki okaże się, że ciepła historia, której można by było się spodziewać jest tak naprawdę historią o życiu. Od czytelniczki zależy tylko, czy akurat te historie każdej z bohaterek staną się jej bliskie podczas lektury.
Według mnie jedyną postacią wzbudzającą pozytywne odczucia jest babcia Antonia, kobieta potrafiąca znaleźć wyjście z każdej sytuacji, pokorna wobec tego, co zsyła jej los, poświęcająca się dla innych. To taka babcia, o której czytało się w książkach dla dzieci, tylko tutaj umieszczona w bardziej realnej scenerii ludzkich problemów. Pozostałe bohaterki mnie osobiście drażniły, denerwowały...tak jakby autorka chciała w tych czterech kobietach skumulować wszystkie przypadki nieradzących sobie z życiem kobiet...tylko po co?

W połowie lektury zaczęłam się nawet zastanawiać czy w końcu któreś z nich kiedyś się uda, bo takie nagromadzenie problemów to jeszcze tylko można znaleźć w niektórych serialach "z życia wziętych", które serwują nam różne stacje telewizyjne. Tylko tam odbywa się to w kilkudziesięciu odcinkach, a nie tak jak tutaj na kilkudziesięciu stronach. 
Zbyt przerysowane cechy, ogromne nagromadzenie nieszczęśliwych związków i nieudanych wyborów, miłości, której żadna z nich nie potrafiła znaleźć a tym bardziej o nią zawalczyć. A szkoda, bo odejście od szablonowego, często cukierkowego schematu zapowiadało się obiecująco...
Moja ocena 6/10

czwartek, 9 maja 2013

White Collar - czyli znów nas wciągnęło

Dość długo poszukiwaliśmy serialu, który by nas zachwycił, czy chociażby spowodował, że będziemy mieli ochotę obejrzeć kolejne odcinki. Czekając na kolejne sezony naszych ulubionych ciągle szukaliśmy czegos, co zachwyci...i w końcu się udało-zaintrygowła nas jeden z odcinków obejrzamy przypadkowo w któres ze stacji telewizyjnych, nawet nie pamiętam, z której serii.

Ten amerykański serial wyprodkowany dla stacji USA Network zachwycił w zasadzie od razu...

To przedziwna zdawałoby się historia wspołpracy genialnego fałszerza Neal'a Carrreya i agenta FBI, któremu dwukrotnie udało się tego przestępcę złapać- Petera Burke.
Na skutek splotu wydarzeń Peter proponuje Nealowi możliwość pracy w FBI w charakterze konsultanta, który znając swoją branżę doskonale ma pomóc FBI w ściganiu przestępców, fałszerzy i oszustów.
Nagięcie się do panujących reguł, założenie bransoletki z GPSem, ograniczenia w poruszaniu się, no i prawca wbrew sobie... wydawałoby się, że ten układ się nie sprawdzi. A jednak... Bazując na swoistym dystansie do tej znajomości, kpinie czy nawet arogancji Neal i Peter budują relację, która paradoksalnie sprawdza się znakomicie, zarówno w życiu prywatnym, jak i służbowym. Okazuje się, że mimo, że żaden z nich się do tego nie przyzna, powoli, przełamując nieufności i bariery budują przedziwną znajomość, którą myślę, że można nazwać przyjaźnią.

Oczywiście nie wszystko jest aż tak oczywiste, bo głównym celem Neal'a jest odnalezienie ukochanej Kate. Wszelkimi możliwymi sposobami, nie zawsze do końca legalnymi, co zrozumiałe nie podoba się Peterowi...Do tego okazuje się, że w porwanie Kate zamieszany jest ktoś z FBI, więc sprawa komplikuje się coraz bardziej.

Dobre tempo akcji, wciągające intrygi, świat wielkiej SZTUKI i jego ciemne strony, genialne fałszerstwa i oszustwa - wszystko to dodatkowo ubarwia ten serial.
No i plejada bohaterów, wśrod których oczywiście Neal- może momentami zbyt wyglancowany czy nawet lalusiowaty, to jednak ma swój urok.
No i podejrzany przyjaciel Nele'a Mozzie, tak śmieszny i rozbrajając, że nie wyobrażam sobie kolejnego odcinka bez tej pociesznej postaci.
Dużą sympatię wzbudza również Elisabeth - żona Petera, kobieta pragmatyczna, rozsądna, twardo stąpająca po ziemi, jednak z przymrużeniem oka potrafiąca trafnie ocenić sytuację

Udany serial :) Moja ocena 8,5/10

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Maria Nurowska - Nakarmić wilki

"Kasia, absolwentka warszawskiej SGGW, przyjeżdża w Bieszczady, by zebrać materiał do pracy doktorskiej o wilkach. W stacji naukowej przebywają już Olgierd i Marcin. Mężczyźni nie wierzą, że ich nowa towarzyszka wytrzyma trudy życia w lesie. Kasia jednak okazuje się osobą nie tylko odporną na niewygody, ale też wyjątkowo odważną. Pierwsza nocna obserwacja wilków staje się początkiem wielkiej fascynacji Katarzyny, a kolejne, coraz bliższe spotkania z watahą sprawiają, że między dziewczyną a wilkami wytwarza się niemal mistyczną więź. W jej obliczu wszystkie miejskie rozczarowania tracą znaczenie. Kasia angażuje się obronę okrytych złą sławą zwierząt, sprowadza do pobliskiej wsi owczarki podhalańskie, mające odstraszać drapieżniki i trzymać je z dala od ludzkich zagród. W końcu wchodzi w drogę miejscowemu kłusownikowi, narażając własne życie. W tym samym czasie między nią a Olgierdem rodzi się uczucie. Nakarmić wilki to powieść, jakiej dotąd w Polsce nie było. W pisarstwie Marii Nurowskiej pojawił się nowy, intrygujący temat."


Długo czekałam zanim w moje ręce wpadła pierwsza seria z wilczego cyklu, już jakiś czas temu kupiłam "Requiem dla wilka", ale nie chciałam jej czytać  zanim nie zdobędę "Nakarmić wilki".

Nurowska-powraca zgodnie z opisem jako ta autorka, która ewidentnie odróżnia się od innych kobiet, których twórczość można zaklasyfikować jako szeroko rozumianą literaturę kobiecą. Dlaczego się odróznia?Bo u niej nic nigdy nie jest tak oczywiste, jakby mogło się wydawać, jednocześnei wszystko jest poukładane w znany tylko autorce sposób, tak, że ostatecznie tworzy spójna całość, chociaż nie zawsze Nurowska daje nam taki finał, jakiego byśmy oczekiwały. Tym niemniej zawsze z przyjemnością wracam do jej książek, chociaż uważam, że te "starsze" są dużo lepsze niż zaproponowane przez nią nowości wydawnicze.

Tak samo jest z powieścią "Nakarmić wilki". Mimo, że akcja mnie wciągnęła, przeczytałam ją szybko to jednak czegoś mi brakowało, nawet nie jestem w stanie stwierdzić czego dokładnie...może jakiegoś dopracowania?kilkunastu stron więcej?Nie wiem, w każdym razie spodziewałam się troszkę więcej.

Sama akcja umiejscowiona w malowniczych Bieszczadach zamysł ma ciekawy, może ciut przewidywalny wątek miłosny, ale chyba ciężko stworzyć taki wątek, którego ktoś wczęsniej by nie opisał? W każdym razie dla mnie to najsłabsze ogniwo w całej powieści. Główny bohater to dla mnie jednak wilk, jego tajemniczość, natura i nić porozumienia nawiązana z główną bohaterką. Do tego dziki świat Bieszczad, którego nie dane mi było jeszcze poznać, kuszący po lekturze powieści jeszcze bardziej niż dotąd.
Do tego główna bohaterka i jej pasja, której niejeden naukowiec mógłby pozazdrościć...Dla otoczenia momentami irytująca i naiwna, dla niej motor napędowy na życie.

Polecam nie tylko wielbicielom Bieszczad, ale ze względu na pewne niedopracowania moja ocena to 7,5/10

piątek, 12 kwietnia 2013

Mariola Pryzwan - Anna German o sobie

"Mariola Pryzwan - wydaje już drugą książkę poświęconą Annie German, jednej z najwybitniejszych gwiazd polskiej estrady. Pozycja wychodzi równo 30 lat po śmierci popularnej wokalistki. Zawiera 164 fotografie, pochodzące głównie z rodzinnego archiwum, a także prywatne listy i dokumenty.

Mariola Pryzwan losami piosenkarki interesuje się od dawna, jest też wielbicielką jej talentu. Książka "Tańcząca Eurydyka" zawierała wspomnienia znajomych, przyjaciół i krewnych artystki. Tym razem biografka postanowiła oddać głos samej Annie German. Pozbierała jej wypowiedzi z audycji radiowych, prasy polskiej, rosyjskiej i włoskiej. Zadanie nie było łatwe, ponieważ gwiazda nie lubiła udzielać wywiadów.

Dzięki lekturze publikacji "Anna German o sobie" poznamy wiele szczegółów z ciekawego życia piosenkarki. Przeczytamy o dzieciństwie spędzonym w środkowej Azji, o studiach geologicznych na Uniwersytecie Wrocławskim, o współpracy z teatrem studenckim Kalambur, o sukcesach na festiwalach w Opolu, Sopocie, San Remo i Ostendzie. Dowiemy się sporo na temat pobytu Anny German we Włoszech, na temat jej tragicznego wypadku samochodowego, długotrwałej rehabilitacji oraz heroicznej walki o powrót na estradę. Zobaczymy Annę German nie tylko jako wielokrotnie nagradzaną wokalistkę, ale również jako wrażliwego, ciepłego i dobrego człowieka. Przeczytamy, o czym marzyła, co myślała o szczęściu, jak pięknie mówiła o swojej babci, matce i synku..."


Zanim Wydawnicto przedstawilo mi propozycję recenzji tej książki i zanim obejrzałam film transmitowany w TVP1 niewiele wiedziałm o Annie German. Była dla mnie raczej dawną, ciut zapomniana gwiazdą. Tymaczasem - sądząc po oglądalności serialu - wielu z nas chyba tęskni za gwiazdą wielkiego formatu, którą można byłoby się pochwalić za granicą. Anna German wydaje się być tutaj niedoścignionym wzorem...

Spragniona większej ilości informacji o ARTYSTCE z wielką ciekawością sięgnęłam po książkę Marioli Pryzwan. Książka obiecywała wiele - wieloma fotografiami Anny, jej bliskich, jej listów, historycznych wycinków z gazet, ciekawostek. Powiem szczerze - lektura książki zajęła mi 45 minut... Stąd można sobie wyobrazić moje rozczarowanie lekturą. Owszem pomysł bardzo intersujący - Anna German poprzez swoje wywiady, ułożone zdawałaoby się w jakąś tam całość opowiada o swoim życiu, karierze, opowiada historię nie tylko gwiazdy estrady, ale także żony, matki, córki i wnuczki. Wszystko to przeplatane fotografiami (jak dla mnie największe zaskoczenie - zdjęcie artystki w Opolu w takiej samej sukience, w jakiej w serialu wystąpiła Joanna Miro). Jednak, wydaje mi się, że autorka wyszła z założenia, że każdy z czytelników powinien Annę German znać bardzo dobrze, jednak dla mnie brakowało często informacji, np. kim dla Anny były osoby, z którymi korespondowała, bo oprócz jej męża nie rozpoznałam wielu, co czyniło lekturę mniej atrakcyjną.
Moim zdaniem, zabrakło też krotkich biograficznych wprowadzeń dla rozdziałów, które dotyczyły konkretnych okresów z życia Anny German. Mnie w tym przypadku ratowało trochę to, ze oglądam serial, więc jestem troszkę zorientowana. Tym, którzy serialu nie oglądali pewnie będzie ich tym bardziej brakować.
Jeżeli autorka chciała się skupić tylko na wspomnieniach, wywiadach i zdjęciach to zdecydowanie część "do czytania" jest tu za mało rozbudowana, jeżeli ta część miała być dodatkiem do historii, to brak odwołań do biografii czyni tą książkę wyjątkowo niedopracowaną pod tym względem.
Nie pozostawia watpliwości fakt, że Anna German, nawet 30 lat po swojej śmierci  fascynuje kolejne pokolenia Polaków.

Moja ocena to 6/10


Za możliwość przeczytania tej książki dziękuję Wydawnictwu

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Jacek Getner - Pan Przypadek i trzynastka

"Pan Przypadek i trzynastka to pierwsza z czternastu książek opowiadających o przygodach rodzimego detektywa geniusza. Jej bohater, Jacek Przypadek, mimo swoich blisko trzydziestu lat, nie ma konkretnych planów na życie i cieszy się z tego, że nie musi ich robić. Ale któregoś dnia prosi go o pomoc ulubiona sąsiadka, pani Irmina Bamber, której skradziono obrazy. Tak zaczyna się jego detektywistyczna kariera, która z każdą rozwiązaną sprawą coraz bardziej irytuje różne ważne osoby.
Jacek Przypadek łączy w sobie przenikliwość Sherlocka Holmesa z łobuzerskim wdziękiem porucznika Borewicza i irytującym charakterem doktora House'a. Ta wybuchowa mieszanka powoduje, że może liczyć na sympatię wielu kobiet i szczerą nienawiść rosnącej rzeszy swoich wrogów, którzy za jego sprawą trafili za kratki."

 
 
Niewątpliwie ta książka jest inna niż kryminały, z którymi miałam do tej pory do czynienia. I chyba właśnie przez tą "inność" tak mi się podobała. Autor przede wszystkim stworzył nieszablonowego bohatera, który nie ma swojego żadnego pierwowzoru w literaturze, do którego moglibyśmy go odnieść. Jacek Przypadek, to tak naprawdę spostrzegawczy obserwator otaczającej rzeczywistości, detektyw z przypadku, który bazując na tym, że ludzkie zachowania są przewidywalne, sprawnie rozwiązuje kolejne zagadki. Przychodzi mu to z zadzwiającą łatwością. To samo można byłoby powiedziec o jego życiu - Jacek nie pracuje, utrzymuje się z wynajmu mieszkań, które odziedziczył lub dostał, ma ręce nieskalane żadną pracą, a jedyne co zdaje się być naprawdę wązne dla niego to dawna miłość, którą stracił oraz przygotowania do maratonu, w którym chciałaby wystartować. Cała reszta to pokręcone znajomości, gry uników, znajomości sprzed lat, opieracjące się raczej na przyzwyczajeniu niż szczerości czy oddaniu. Wszystko, co dotyczy jego relacji z najbliższymi to raczej gra pozorów i tak naprawdę wyrachowanie. Przy całym jego wdzięku, którym czaruje kobiety w różnym wieku, ogromnej przenikliwości i umiejętnościom detektywistycznym, jego negatywne cechy i nonszalancja w stosunku do innych sprawiają, że ciężko go odebrać jako pozytywnego bohatera.
 
Ciekawym pomysłem wprowadzonym przez autora jest również poswięcenie kazdego z rozdziałów nowemu wątkowi, nowej zagadce, nad którą pracuje Jacek. Jednocześnie elementy zagadek nakładają się na siebie i zazębiają, co tworzy fajną, harmonijną całość. Taki nowartorski zabieg, niezbyt często spotykany w innych powieściach. Dużą część zajmują także pewne elementy, nazwałabym je "obyczajowymi", są one też bardziej lub mniej powiązane z zagadką i często nie tylko przypadkowo. wszystko to sprawia, że książkę czyta się łatwo, szybko i mimo, że akcja sama w sobie nie jest szczególnie wyszukana to jest interesująco.
 
Z dużym zainteresowaniem czekam na kolejne czesci przygód detektywa Przypadka.
 
Moja ocena 7,5-8/10
 
PS. Wolałabym, żeby poszczegolne tomy były jednak trochę grubsze ;) tym samym cena byłaby zdecydowanie bardziej adekwatna.
 
Za książke dziękuję autorowi - Panu Jackowi Getnerowi
 
 

poniedziałek, 18 marca 2013

James Rollins - Burza piaskowa

Bardzo lubię Rollinsa przede wszystkim za ten swoisty rodzaj książek, które pisze - akcja, przygoda, kryminał, zagadka, dużo wrażeń i do tego ciekawi bohaterowie, wszystko to powtarza się we wszystkich jego powieściach. I pomysły, na bazie których buduje akcję, tak, ze po lekturze zaczynasz sie zastanawiać, czy to rzeczywiście tylko fikcja literacka....
Jak udało mi się "upolować" w bibliotece ( na co zaprzyjaźniona Pani Bibliotekarka powiedziała: właśnie wróciła, wiedziałam, że się pani ucieszy...) wiedziałam, ze czekają mnie 2 bardzo ciekawe i wciągające w lekturę wieczory.




"Potężna eksplozja niszczy wystawę w Muzeum Brytyjskim. Badanie pozostałości wybuchu ujawnia śladowe promieniowanie o sygnaturze odpowiadającej anihilacji antymaterii. Piękna kustoszka muzeum Safia al-Maaz odkrywa zagadkowy zapis na szczątkach antycznego posągu datowanego na rok dwusetny przed naszą erą wskazówkę, która może posłużyć do rozwiązania jednej z największych zagadek archeologii. Co łączy posąg z eksplozją i słynnym meteorytem tunguskima zapada decyzja o zorganizowaniu ekspedycji do Omanu. Jej celem jest zaginione przed tysiącami lat miasto (będące jak głosi legenda, kolebką królowej Saby) nazywane przez beduinów Ubar, a przez poszukiwaczy Atlantydą Piasków. Oprócz Safii i jej przyjaciółki Kary, której ojciec zaginął na pustyni wiele lat wcześniej, w wyprawie uczestniczy awanturniczy archeolog Ohama Dunn oraz Painter Crowe, agent DARPA, supertajnej agendy Ministerstwa Obrony USA. Jakie tajemnice kryje mityczny Ubara- niewyobrażalne skarby, czy źródło energii zdolnej zniszczyć całą planetę?"


Napiszę od razu, że to najgorsza jego powieść, którą przeczytałam. Powód jest w zasadzie jeden - tajemnicza antymateria, która była dla mnie na tyle abstrakcyjna, że dla mnie kobiety zbyt na nią rozsądnej.... jej częsta obecność na kartachtej właśnie powieści była dla mnie po prostu męcząca... Nawet wykład męża-fana tego rodzaju "klimatów" niewiele pomógł w tym zakresie. Dla mnie po prostu rzeczy abstrakcyjne są po prostu ZBYT abstrakcyjne i mnie męczą ;)

Cała reszta w stylu iście Rollinsowym - akcja ciekawa, w atrakcyjnych miejscach, odniesienia do historii regionu, w zasadzie ciągle coś się dzieje, nic się nie wlecze, ciagnie, nie czeka się czytając na kolejny zwrot, bo jest ich tyle, że się czasem wręcz nie nadąża....

Do tego dobrze wplatane w akcję wątki obyczajowe, tak, że proporcja pomiędzy nimi jest dokładnie taka, jak powinna być, żadna nie cierpi kosztem drugiej ;)

Rada dla tych, którzy nigdy Rollisa nie czytali - zabierając się za lekturę książki tego autora trzeba sobie zarezerwować czas, inaczej rodzi się w nas frustracja, że inne czynności mogą nas oderwać od lektury...

Moja ocena to 7,5/10 głównie ze względu na elementy fantasy...



wtorek, 12 marca 2013

Katarzyna Enerlich - Prowincja pełna smaków

Jak tylko zobaczyłam zapowiedź książki w notce wydawniczej nabrałam ogromnej ochoty na tą pozycję zapraszającą do lektury obietnicą uwiedzenia smakiem... Do tego ta okładka, tak ciepła w tak zimne dni, które powinny być już wiosenne....













"W książce Prowincja pełna smaków Katarzyna Enerlich prowadzi nas drogami i bezdrożami polskiej prowincji, proponując skosztować jej smaków. Pisze o ludziach i spotkaniach, które choć przypadkowe, okazują się zawsze znaczące. Snuje opowieść pełną smaków, zapachów i barw. Opisuje naszą polską prowincję pięknymi słowami: Moja prowincja pełna marzeń, gwiazd i słońca… Miejsce na ziemi, w którym mogę robić rzeczy ważne dla mnie i żyć w zgodzie z zegarem natury. Żyję tu i teraz i chcę być szczęśliwa. Lubię swoją wiejską samotność. W samotności tworzy się bowiem rzeczy piękne. Od paru tygodni zamykam się więc wieczorami w swoim drewnianym domu i piszę powieść, w której znajdzie się miejsce na miłość, czułość, modlitwę dotyku."

Mimo, że czytałam wczesniej pierwsze tomy o perypetiach życiowych Ludmiły - moją recenzję można przeczytać tutaj- to jednak najnowszy tom mnie zaskoczył. Czym? Przede wszystkim wszechobecnym smakiem, takim, który kusi, nęci, zastanawia, wodzi, pokazuje świat dawnych Prus Wschodnich i obeznych Mazur poprzez zupełnie inną perspektywę. Taką, która muszę przyznać bardzo mnie zaskoczyła, bo z jednej strony nie jest to powieść obyczajowa z "powklejanymi" przepisami, tylko powieść obyczajowa doskonale doprawiona smakami, których wielu z nas nie zna. Niektóre z propozycji Ludmiły (duży plus za liczne odwołania do ich autorów, sprawiają, że przepisy- czy raczej propozycje - są bardziej wiarygodne, bo sprawdzone życiowo) dla mnie były nawe zaskakujące. Jako wielbicielka chłodnika nie moge się doczekac spróbowania wersji z dodatkiem rababrbaru...może być ciekawie, jezeli chodzi o doznania podniebienia. A co najlepsze - większość z przepisów powstała na bazie produktów łatwo dostepnych, niewyszukanych, co musze przyznać w wielu książkach mnie denerwuje, bo nie wyobrażam sobie przygotowywania obiadu ze składników, których musiałabym szukac po cąłym mieście i wydać na nie jakieś niebotyczne pieniądze.

Podobnie jak w przypadku poprzednich powieści tej autorki dołaczone zostało dużo zdjęć, które z jednej strony są dobrym pomysłem, bo uprzyjemniają lekturę, z drugiej strony nie wszystkie niestetey są na tyle wyraźne, żeby sie je oglądało z przyjemnością.

Jeżeli chodzi o część obyczajową tej powieści, to moim zdaniem trochę rozczarowuje - w zasadzie poza wątkiem dawnej miłości Hansa i Jutty - cała reszta jest przewidywalna i niestety momentami nieznośnie banalna...A szkoda, bo jak by się połączyło trochę lepszy, zaskakujący wątek obyczajowy z tym niezwykle udanym smakowitym to wyszedłby ten oczekiwany przez wszystkich torcik z wisienką na czubku.

Stąd moja ocena 7/10

Tym niemiej polecam wszystkim poszukiwaczom smakowitych historii.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu