poniedziałek, 17 grudnia 2012

Tomasz Bochiński, Agnieszka Chodkowska-Gyurics - Pan Whicher w Warszawie



"Książę detektywów Scotland Yardu na tropie zbrodni w ogarniętej powstańczą gorączką XIX-wiecznej Warszawie.

Ostatnie miesiące roku 1862. W Warszawie spokój – zostaje odwołany stan wojenny. Jednak obie strony – polscy spiskowcy i rosyjscy okupanci – wiedzą, że to cisza przed burzą.

Służby carskie zrobią wszystko, by wyłapać przywódców polskiego podziemia. Na zlecenie cara do Warszawy zjeżdżają najlepsi angielscy policjanci. Jednym z nich jest słynny Jonathan „Jack” Whicher (postać i misja autentyczne), zwany „księciem detektywów”.

Tymczasem w niewyjaśnionych okolicznościach znika krewna cara. Pan Whicher zostaje odwołany od spraw politycznych i skierowany do odnalezienia zaginionej…

Chłodny umysł inspektora Scotland Yardu musi przeniknąć mroczną tajemnicę, nie tylko zniknięcie arystokratki. Okazuje się, że ktoś morduje i masakruje swoje ofiary, tak by nikt nie był w stanie ich rozpoznać. Śledztwo przenosi się z wytwornych salonów stolicy Królestwa do podłych zaułków Powiśla i straszliwych mordowni Pragi. Detektyw, by przeżyć, będzie musiał swój sprawny umysł wesprzeć pewnym okiem i ręką zbrojną w rewolwer."


Po pierwsze - wiem, że tego nie nalezy robić - cudna okładka, która zachęca do otworzenia książki i zagłębienia się w lekturę...Otwierasz, a to co widzisz cieszy twoje oczy czytelniku - super pomysł z kartkami kalendarza, przyciagają wzrok. Do tego oprócz standardowej narracji dołożono róznież  fragmenty (moim zdaniem najlepsze z całej powieści) pamiętnika detektywa Scotland Yardu wydrokowanego całkiem inną czcioną niż pozostała  część powieści. Jeżeli wydawnictwo cchiało skłonić do przeczytania wzrokowców to niewątpliwie im się udało - w tym też tkwi moim zdaniem magia słowa drukowanego, żeby zaciekawić, zachwycić, dotknąć... E-book tego nie potrafi, niestety.
Ostatnio coraz bardziej ciągnie mnie do książek, w których akcja dzieje się w zaborowej polskiej rzeczywistości. Ta pozycja - jeżeli chodzi o ówczesne realia zaspokaja moje potrzeby całkowicie. Doskonałe tło historyczne, rewelacyjnie oddany klimat epoki, niemal czuje się zapach mrocznego Powiśla.
Do tego rosyjsko-angielski duet detektywów będący doskonałym duetem konforntujacym wyspiarskie metody z kontynentalną rzeczywistoącią, w której przyszło obu detektywom pracować. Jack Whicher, zwany także „księciem detektywów”, rzucony do świata, ktorego nie rozumie- dosłownie i w przenośni (bo przecież w końcu ile herbat można pić na raz?) musi sobie poradzić ze śledztwem, które rozwija się w zupelnie nieoczekiwany sposób. Pomaga (?) mu w tym Czernyszewski - tajemniczy detektyw, którego pomimo rosyjskiego pochodzenia trudno nie polubić... Duet nieprzewidywalny, ciekawy, z mocno zarysowanymi charakterami. Do tego pamiętnik Whichera - ówczesna warszawska rzeczywistość widziana oczami Anglika - taka wisienka na torcie.
Z rzeczy które zaliczyłabym do minusów to jednak - jak dla mnie momentami spadek tempa akcji, może po prostu jestem przyzwyczajona do współcześnie dziejących się kryminałów i stąd moje oczekiwania....
Tym niemniej jako kryminał retro, z politycznym tłem i klimatem epoki jak najbardziej godny polecenia.
Moja ocena 8/10



Za mozliwość przeczytania książki dziękuję

piątek, 14 grudnia 2012

Shirlee Busbee - Uległa i posłuszna

"Romans historyczny, napisany zgodnie z najlepszymi regułami gatunku.

Akcja toczy się na początku XIX w. w środowisku posiadaczy ziemskich w Anglii, łącząc elementy romansowe i sensacyjne. Książka ta stanowi znakomitą lekturę odprężającą. Akcja obfituje w zaskakujące zwroty, a prócz tego mamy doskonałe opisy przyrody, eleganckich wnętrz i przyjęć, w które czytelnik chętnie się zanurza.

Autorka umiejętnie buduje atmosferę beztroskiego, spokojnego luksusu, w którym przebywają ludzie dobrzy i pogodni. Zwłaszcza opisy dworów i dworskiego życia przenoszą czytelnika w inny świat. Jest to również książka pełna humoru, znajdziemy w niej wiele błyskotliwych dialogów i dowcipnych ripost, lecz dobrotliwy humor przejawia się też w stosunku autorki do swych bohaterów, ich mniej istotnych problemów, a także ogólnie do świata i życia."



Lubię romanse, czasem nawet bardzo i nie wierzę tym wszystkim, którzy tak bardzo odżegnują się od takich książek. Owszem nie mówię tutaj o romansach w klimatach Harlequinów o zawarości 70 stron w malutkim formacie, ale o takcih, które oprócz tylko wątków romansowych dają czytelnikowi coś jeszcze - czy to tło historyczne, czy wątek kryminalny.
I niewątpliwie książka Shirlee Busbee nalezy do tej drugiej grupy, której nie trzeba się wstydzić mając ją w swojej biblioteczce.
Co przemawia na korzyść tej lektury?Przede wszystkim bardzo dokładnie rozbudowany wątek-czy raczej podłoże historyczne-dokładne opisy, budujące atmosferę, dobrze oddany klimat epoki, czyniący lekturę bardziej klimatyczną.
Sam wątek romansowy-pomiędzy było nie było ówczesnym starym kawalerem, spontanicznie decydującym się na małżeństwo, a kobietą mało zdecydowaną, krnąbrną i będącą any wszystko co proponuje Marcus....- powatały z połączenia oczekiwań tych dwojga gwaranuje, ż enie będziemy się z nimi nudzić. Oczywiście, ajk to w romasie zakończenie jest przewidywalne, ale autorka urozmaiciła droge do niego tajemnicami z przeszłości, wątkiem kryminalnym, morderstwem i porwaniem.

Miła lektura na zimowe wieczory
Moja ocena 6/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu

niedziela, 9 grudnia 2012

Koryta Michael - Pod cyprysami

Południowe stany USA wyobrażam sobie jako pełne moskitów, bagien, koszmarnej pogody i czarnej magii voodoo. Koryta Michael zabrał mnie właśnie tam - do miejsca, gdzie najbliższy sklep oddalony jest o 8 km, a najbliżsi sąsiedzi mogą wbić Ci nóż w plecy i nikogo to nie będzie interesowało.

Co do magii VooDoo - trudno powiedzieć, że brakło w tej powieści elementów nadprzyrodzonych - ale to było podane w postaci trochę przesłodzonego, lekkiego sosu - otóż główny bohater widzi, gdy ktoś ma umrzeć. Przesłodzone - ponieważ widzi i albo nic nie może zrobić i ludzie umierają, albo może zrobić i nie umierają, albo nie robi nic (nie zmienia zbytnio planów), a książka kończy się happy-endem.

Oczywiście powieść trafiła do mnie właśnie ze względu na te nadprzyrodzone umiejętności - ale jak już napisałem - to tylko dodatek, każdy, kto nie gustuje w fantasy może spokojnie przeczytać bez obawy o jakieś większe rozczarowanie z tej strony.

Zaczyna się trochę jak powieść drogi - po pierwszej wojnie światowej duża ilość weteranów wojennych mnie bardzo ma co ze sobą zrobić - wędrują oni od jednego obozu pracy (Polaków proszę o porzucenie perioratywnych odczuć co do tego sformułowania - to obozy pracy dobrowolnej i płatnej). O prace ciężko, dla niektórych skończył się właśnie okres dobrobytu związany z prohibicją i szukają nowych pomysłów.

Główny bohater, który wysiada z pociągu jadącego na Florida Keys, przewidując śmierć wszystkim, którzy nim jadą, wyciąga z niego tylko 19latka. Nie przewiduje jednak, że unikając czyhającej zagłady pakuje się z deszczu pod rynnę w prosperujący biznes narkotykowy. Śmierć spotykamy na każdym kroku, i robi się trochę makabrycznie, tu gdzieś spalone zwłoki, tam znów gnijąca kobieta, a tu proszę na deser zamiast pudełka czekoladek....

Nie będę wszystkiego zdradzał - o ile troszeczkę męcząco przebierało się przez duszne i upalne strony tekstu, to po zakończeniu książki miło się ją wspomina. Dobra sensacja/thriller, z nieco łatwym do przewidzenia zakończeniem, i z trudną drogą do zakończenia (gdy nic oprócz walenia młotkiem się nie dzieje), ale to tylko buduje jeszcze bardziej nastrój gorącego i mokrego południa stanów.


W mojej opinii 7/10

Książkę przeczytałem dzięki uprzejmości:


wtorek, 4 grudnia 2012

Katarzyna Michalak - Rok w Poziomce

Lubię książki tej autorki, lubię takie powieści, w których wszystko kończy się dobrze, lubię...
Ale cenię sobie autorki, które pomimo "żyli długo i szczęśliwie" potrafią wyjść poza szablon, zaskoczyć, dobrze zakończyć, ale bez przesłodzenia.
Niestety tutaj autorce się nie udało, jest szczęśliwie i słodko, zdecydowanie aż za słodko jak dla mnie. Przez to denerwująco, mimo negatywnej aury za oknem po lekturze czułam przesyt. Czego?Przesyt spelnionych marzeń, zbytniej bajkowości-bo przecież czas księżniczek i księciów na białych rumakach mam już za sobą, braku realizmu.

"Historia Ewy – trzydziestokilkuletniej kobiety po przejściach, która postanawia spełnić wreszcie swoje marzenie i zamieszkać w ukochanym domu. Ale jak wszystko w życiu to marzenie ma również swoją cenę: Ewa, chcąc zarobić na kupno wymarzonego domku pod lasem podejmuje pracę w wydawnictwie przyjaciela (skądinąd bardzo atrakcyjnego) i ma za zadanie znaleźć prawdziwy bestseller…"

Oprócz historii Ewy, która jak można się domyślać poradzi sobie ze wszystkimi przeciwnościami losu - znajdzie męża dla siebie, ojca, dla dziecka będącego wspomnieniem pewnego szalonego wieczoru bez wspomnień, odnajdziej ojca, znajdzie pieniądze na kredyt na ukochany domek, auto, dostanie prace i spełnią się jej wszystkie marzenia w ciągu zaledwie roku! (kiedy normalnym ludziom takie rzeczy po prostu się nie zdarzają)-autorka porusza również temat choroby. Białaczka, każdy zna, słyszał, ale nie kazdy miał styczność z ludźmi chorymi. Akcje prowadzące przez Ewę - kampanie medialne, wywiady, plakaty itp. wszystko to szczytne, warte pochwały, ale nie kazdego stać od tak na takie nagłośnienie. Myślę, że dla osób chorych czytanie o takich odrealnionych  - z ich punktu widzenia - akcjach jest sporą przesadą. Pamiętam taką kampanię u mnie w pracy- niewiele osób zdecydowało się zostać dawcą szpiku, pomimo żadnego wysiłku jeżlei chodzi o rejestrację itp. Oczywiście takie kampanie są ważna, kazdy dawca się liczy - ja naprawdę to rozumiem, ale umieśćmy to wszytko w REALNYM świecie.

Dla mnie duże rozczarowanie, moja ocena 5,5/10

piątek, 30 listopada 2012

Katarzyna Enerlich - Prowincja pełna gwiazd i Prowincja pełna słońca

Mam spory problem z tymi książkami Katarzyny Enerlich. Mimo, że przeczytałam je już jakiś czas temu to ciągle zwlekałam z recenzją, bo nie wiem jak do końca je ocenić. Nie miałam wcześniej okazji, żeby przeczytać pierwszą część serii, ale po lekturze dwóch kolejnych nie do końca mam ochotę ich szukać-myślę, że to mogłoby wystarczyć za całą recenzję, ale jednak napiszę wam o moich odczuciach trochę więcej.

"Refleksyjna opowieść o prowincjonalnej codzienności, której wielkie i małe historie rozgrywają się wśród mazurskich krajobrazów. Zaskakująca historia kobiety, która odbywa swoistą podróż w czasie, podróż do nieznanych korzeni. Odkrywa przeszłość, której nie znała i tajemnice, które niekoniecznie chciała poznać. Czytelnicy spotkali się z bohaterami powieści w książce – „Prowincja pełna marzeń”. Prowincja może być miejscem magicznym, pełnym wydarzeń i emocji, gdzie po prostu chce się żyć. Miejscem, w którym zdarza się tysiące spraw, zgodnie z przemianami tego świata, pokornie poddanym porom roku, biegnącym czasem może trochę wolniej, spokojniej, bez korków na ulicach i laptopów na kawiarnianych stolikach… Nad którym świecą te same gwiazdy, to samo słońce, brodzą w błękicie te same chmury. Nie ma spotkań przypadkowych. Nasze dzisiejsze spotkanie na pewno nie jest daremne…"


Te książki to kolejne z nurtu literarury kobiecej, gdzie główne bohaterki odnajdują spokój na prowincji. Czym różni się ta od innych, które czytałam wcześniej?Na pewno jest bardziej reflekcyjna, a akcji raczej nie wzbogacają ożywione dialogi głównych bohaterów. W większości to przemyślenia głównej bohaterki Ludmiły. Po wielu perypetiach Ludmiła wydawałoby się, ż eosiągnęła szczęście u boku ojca swojego dziecka, którego z radością oczekują. Niestety po narodzinach Zosi okazuje się, że sielanka jednak nie jest tak cukierkowa, jakby się moło wydawać. Przez jakiś czas Ludmila musi sobie radzić zupełnie sama, martin wyjeżdża do Niemiec i chyba nie do końca chce wracać do żony i dziecka. Jak się okazuje dręczą go ciągle wątpliwości an temat swojego ojcostwa, podsycane dodatkowo przez znajomą, z którą po powrocie zaczyna spędzać coraz więcej czasu....
Historia znana, łatwa do przewidzenia, w niczym nie zaskakuje, a całej powieści czegoś po prostu brakuje...Wszystko jest jakby płaskie, jednowymiarowe, nie wciąga czytelnika tak jaby mogło.
Ciekawy wątek-to poszukiwanie historii rodziny, odkrywanie judaizmu oraz wizyta Ludmiły i jej siostry w Łódzkiej Anatewce :)
Bardzo bym się jednak cieszyła, gdyby autorka jednak nie ograniczyła się do opisania fanatyzmu Hanki, po tym jak dowiedziąła się o swoich żydowskich korzenaich. Tak ma się wrażenie, że historia została odkryta, zadanie zaliczone, czas skupić sie na czymś innym, a naprawdę szkoda.
W dodatku, chyba nie trzeba być geniuszem, żeby się domyśleć, że ktoś noszący nazwusko Gold, może być pochodzenai żydowskiego. Chyba Pani Enerlich nie do końca wierzy w inteligencję swoich czytelników ;).

Ostatnia część tryptyku prznosi nas wraz z Ludmiłą-zmuszoną sytuacją życiową- do podjęcia pracy we Włoszech.

"Czy coś - oprócz pierwszej litery - łączy Mazury z Marokiem?
Ludmiła, bohaterka kolejnej części "prowincjonalnego" tryptyku, po raz kolejny stawia czoło życiowym wyzwaniom. Tym razem znajdzie się na emocjonalnym zakręcie. Tajemnicze zniknięcie najbliższej osoby spowoduje, że kobieta wyruszy w zmieniającą jej życie podróż do północnych Włoch.

Spotkanie z Aminą, ofiarą muzułmańskiej tyranii i organizacja jej ucieczki od męża to tylko niektóre z przystanków tej podróży. Na swoją mazurską prowincję wróci odmieniona i przekonana, że szczęście to nie tylko miłość. A gdy już przewartościuje wszystko i od nowa ułoży swoje życie, pojawi się ktoś, na kogo wcale nie czekała. Czy po raz kolejny spotkanie okaże się nieprzypadkowe?"


Ludmiła zostawia małe dziecko, wyrusza zarobić pieniądze na zycie i spłatę kredytu za ukochany dom, w którym w końcu zamieszkała. We Włoszech pomaga Marokance, która ucieka od znęcającego się nad nią męża i wraz z naszą bohaterką wraca na Mazury, by tutaj podobnie jak Ludmiła zbudować swoje życie od nowa.
Nowe postacie, wątki, uczucia, ale moje odczucia dokładnie takie same - wolne tempo akcji, duża naiwność łównej boahterki, która chyba sama przed sobą ucieka, irytuje czytelnika swomi decyzjami i małym, a własciwie żadnym zecydowaniem w kwestii tego z kim się związać uczuciowo...


Na plus-historyczne zdjęcia Mazur dodawne przez autorkę do obu książek-ciekawa lekcja historii-chociaż druk mógłby być trochę lepszy.
Podsumowując-są duzo lepsze pozycje o podobnej tematyce, stąd moja ocena 5/10


wtorek, 27 listopada 2012

Mike Resnick - Prorokini

Prorokini - jak się okazuje to kończący trylogię tom. Zaraz po Wróżbiarce i Wyroku na wyrocznię. I dopiero dzisiaj dotarło do mnie, że wszystkie wzmianki dotyczące zdarzeń historycznych bohaterów miały miejsce w poprzednich tomach - a mimo to nie czyta się tej powieści jako kontynuacji większej całości - całkiem dobrze sobie książka radzi w wersji "stand-alone". A to jest wielki plus, nie lubię czytać czegokolwiek z perspektywą kolejnych grubych tomisk ciągnącej się przez annały historii opowieści. Prorokini jest wartką i szybką historyjką - gdyby porównywać do filmów, to byłaby to 87 minutowa sensacja, która nie wiadomo kiedy się skończyła...


Kilka naprawdę ładnie zarysowanych postaci stworzyło nam spektakl, nieco banalny pod koniec (ale znów: jak dobrze zakończyć wszechgalaktyczną wojnę między dwiema najpotężniejszymi postaciami?). Podróże po kilku światach (czytelnik ma świadomość, że kosmos jest rozległy, ale akurat jedynie te planety są warte wspomnienia) dostarczą nam trochę Dzikiego Zachodu. A wszystko wydaje się doskonale przyprawione i nie przesolone ani przesłodzone - kompozycja świetna - tylko zbyt krótka.

Otóż wspomniałem że są w tym świecie dwie zdaje się wszechwładne postacie, zdradzę sekret - jedną z nich jest Prorokini (a drugą Chrystus Mojżesz Mahomet...), ale to nie one są głównym źródłem przygód, ale raczej trójka przeciętnych ludzi z nieprzeciętnymi umiejętnościami. Geniusz komputerowy będący w stanie wykonać prawie każdy mikrochip i wszczepić w żywą tkankę, Stary weteran, który przeżył swoje życie odciskając piętno na znanym wszechświecie i Płatny zabójca - broń do wynajęcia, z solidnym kodeksem moralnym. Oczywiście nie wszyscy przeżyją - ale przecież chodzi o większe dobro?

Trochę nasuwa się refleksja widzących w przyszłości z Diuny, ale nie zmieścilibyśmy takiej opowieści w 87 minutach wobec czego Mike stwierdza - że nie wiadomo skąd Prorokini ma dar prekognicji. Finito. 8,1/10

poniedziałek, 26 listopada 2012

Serialowe podsumowanie sezonu

Miał być jeden post poświęcony zaskakującemu serialowi, który odkryłam dzięki Bigosowej, stwierdziłam, że tych nowości I kontynuacji serialowych tej jesieni trochę się nazbierało, więc będzie dziś post serialowo-masowy.



Najpierw Kontynuacje:



Good Wife sezon IV-jak zawsze trzyma poziom, ale myślę, że już niedługo scenarzyści powinni nas czymś zaskoczyć, bo jeszcze kilka odcinków i może się zrobić nudno i przewidywalnie.



Downton- sezon III- dobrze wrócić znów do Anglii początku XX wieku, szkoda tylko, ze niestety jedynie na 8 odcinków. Zaskakująco, ciekawie, historycznie odkrywająco, klimatycznie, jak zawsze.



Czas Honoru sezon V-najgorszy z dotychczasowych, mało akcji, momentami nawet męcząco, z wyczekiwaniem, ze w końcu coś się wydarzy. Niestety nudno pozostało do samego końca sezonu.



Prawo Agaty sezon II- bardzo mi się podobał pierwszy sezon, nawet przemogłam swoją ogromna niechęć do Agnieszki Dygant, bo tak mi się spodobało. Drugi sezon-dużo gorszy, przypadki prawnicze mało interesujące, wątki obyczajowe naciągane, w środku tego główna bohaterka, która nie wie czego chce i jedyne, co wpada się w oko to jej ogromne wymalowane usta, krzywe nogi i nachalne rzucanie kitką na prawo i lewo.



Kamuflaż- sezon III-początek sezonu wciągający, środek bardzo naciągany, sztuczny, główna bohaterka niczym Superman w połączeniu z McGyverem radzi sobie nawet w najgorszej opresji, koniec sezonu-znów robi się ciekawie, zwłaszcza, ze pojawia się prawie na stałe jedna z moich ulubionych postaci – agent Mosadu



Jeżeli chodzi o nowości w tym sezonie oglądałam 3 nowe pozycje:



Lekarze-wiem, że to polska kopia Chirurgów, że jest dużo podobieństw (nawet w ulubionej gazecie mojej babci „Świat seriali” poświęcono tym podobieństwom całe 2! Strony), ze mało realny jak na polskie warunki (chociaż nie do końca-byłam w szpitalu, który wyglądał podobnie, to jednak obsługa już nie była „serialowa”) to jednak mi się podoba, tak po prostu, bez ogromnych oczekiwań, rozdmuchiwania czy prawdziwe i realne czy nie. Tak na miłe zakończenie każdego poniedziałku. Do tego Magdalena Różczka - dla mnie jedna z najlepszych aktorek młodego pokolenia to taka wisienka na torcie. Bo oczywiście samym tortem jest wizualnie niewątpliwie Szymon Bobrowski ;)





Elementary - amerykańska wersja brytyjskiego Sherlocka Holmesa-wyjątkowo nieudana muszę przyznać. Dużo gorsza od pierwowzoru, od którego nie sposób się oderwać, tutaj wręcz przeciwnie-można spokojnie w trakcie iść zrobić sobie herbatę w trakcie. Jedyny plus to niektóre z prowadzonych przez duet Holmes-Watson spraw. Pomysł, żeby Watson był kobietą, mającą uratować Sherlocka narkomana od nałogu i jego samego może i nowatorski, to jednak w wykonaniu Lucy Liu pozostawiający wiele do życzenia. Sam Sherlock – niestety w przeciwieństwie do postaci granej przez Benedicta Cumberbatcha Ten jest męcząco irytujący, słaby psychicznie, żyjący w bałaganie, niewzbudzający sympatii. To taki serial z cyklu „można obejrzeć” jak nic innego do obejrzenia się nie ma.


I na koniec odkrycie sezonu – brytyjski serial nakręcony dzięki współpracy BBC i Cinemax – Hunted.




Główną bohaterką serialu jest Sam - tajna agentka równie tajnej prywatnej organizacji Bizantyum, z siedzibą w Londynie. Jaki jest cel działalności tej organizacji-nie wiadomo, czy działa we współpracy z MI6- nie wiadomo…pytań i niewiadomych jest mnóstwo, a odpowiedzi niestety nie przybywa w kolejnych odcinkach, więcej serial staje się coraz bardziej mroczny, a tym samym bardziej frapujący. Sam-cudem ocalała z postrzału-zasadzki wraca do swojej organizacji po roku, podczas którego nikt ze współpracowników nie wiedział, gdzie się ukrywała, jednocześnie w tym samym czasie okazuje się, że ktoś w Bizantyum jest podwójnym agentem, a polowanie na Sam wcale się nie skończyło. Więcej – oprócz zadania, które ma wykonać, znalezienia osoby, która ją wydała szuka również odpowiedzi na pytania z przeszłości, które pojawiają się w jej snach…Do tego odtwórczyni głównej roli Melissa George-wcześniej mi nieznana, ale doskonale odtwarzająca postać, którą gra, wreszcie mamy do czynienia z prawdziwą kobietą agentem. I do tego niesamowite ujęcia, genialne zbliżenia, kadrowanie oraz widoczna na każdym kroku „brytyjskość” nie tylko serialowa. Polecam.