Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróżnicze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróżnicze. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 4 czerwca 2020
Marek Pindral - Pocztówki ze świata
Chcecie wiedzieć, w którym kraju woda mineralna płynie w kranach? Albo gdzie zjada się portrety? A może gdzie łąki rosną na dachach? O tym właśnie jest ta książka. Także o tym, jak wyglądają kobiety-żyrafy oraz Koniec Świata. No i gdzie w bankomatach zamiast pieniędzy dostaje się sztabki złota. Jest też o szalonych królach, o tym, że na pogrzebie można tańczyć, cmentarz pomalować w kolorach tęczy, a wojny toczyć na czekolady...
To moja kolejna podróżnicza przygoda z ty autorem i muszę przyznać, ze kolejna udana. Tym razem podróż tak jest ciut inna, bo podzielona na krótsze etapy, gdzie autor zabiera nas w podróż - nie jak poprzednio do jednego kraju, tym razem mamy szansę odwiedzić z nim wiele różnych miejsc.
Co dla mnie wyjątkowo cenne to fakt, ze tym razem Marek Pindral zabiera nas w podróż przede wszystkim po Europie, gdzie wiele z opisywanych miejsc było mi znanych, było to ciekawe - pierwszy raz bowiem miałam szansę skonfrontować moje spostrzeżenia ze spostrzeżeniami autora. Muszę przyznać, ze okazały się zarówno zbieżne, ajk i momentami odkrywcze...
Oprócz Europy za sprawą tej książki trafmy na Bliski Wschód - z czasów sprzed aktualnego konfliktu, by ostatecznie wylądować w Azji Południowo - Wschodniej (autor zabierze nas do Tajlandii, Laos i Kambodży).
Bez względu na region pewne rzeczy zasługują tutaj na uwagę - przede wszystkim to, co mnie urzekło to całe mnóstwo odwołań i nawiązań do Polski, Polaków, może nie zawsze w pozytywny świetle, to zawsze obecnych. Wszystkie wypady w konkretne miejsca pełne są anegdot i ciekawostek z życia codziennego, co zdecydowanie nadaje książce autentyczności i wiarygodności autorowi, widać, ze wie, o czy pisze. Oprócz poznania codzienności zadął on sobie mnóstwo trudu, by przygotować się do tych wypraw i napisać o nich w sposób merytoryczny - a jednocześnie nie nudny. Oprócz opowiastek o przygodach, perypetiach i zadziwieniach znajdziemy tutaj całą masę odwołań do historii, różnorodnych publikacji na temat danego rejonu itp.
Wszystko to okraszone jest przepięknymi zdjęciami, od których ciężko oderwać wzrok i aż żal, że tegoroczny urlop dane nam będzie spędzić tylko lokalnie... Ale może to skłoni autora do napisania książki o Polsce?
wtorek, 5 czerwca 2018
Marek Pindral - Indie czyli świat
Marek Pindral kolejny raz opowiada o swoich niesamowitych przygodach. Książka Indie czyli świat to opowieść o jednym z najpiękniejszych krajów na świecie pokazana z zupełnie innej, niż znane nam do tej pory, perspektywy. Autor książki Indie czyli świat zabiera nas w bajkowy, indyjski świat. Świat, który istnieje naprawdę. Przeniesiemy się do misternie zdobionych pałaców Rajasthanu, do Taj Mahal czy na gwarne bazary oraz w te mniej znane dla turystów miejsca. Autor zbacza z najczęściej uczęszczanej ścieżki, aby poznać, to co zwykle jest nie jest w kręgu zainteresowań podróżników. To relacja z długiej wędrówki, pachnąca orientalnymi smakami. W książce jest zabawa, ale jest i śmierć, i indyjska bieda, i święte krowy. Opowieść złożona jest z wielu niesamowitych wrażeń, które razem tworzą spójny obraz egzotycznej części tego różnobarwnego azjatyckiego państwa.
INDIE CZYLI ŚWIAT - ZAJRZYJ DO MIEJSC, O KTÓRYCH NIE MIAŁEŚ POJĘCIA
Indie, nie ukrywam, kojarzą mi się dość stereotypowo, głównie w kontekście biznesowym, mam bowiem możliwość (specjalnie nie użyłam słowa przyjemność ;)) na codzień współpracować z Hindusami. Z drugiej strony wiem, ze to świat zupełnie inny od naszego kuszący, a zarazem odpychający. Świat skrajności.Autor - Marek Pindral, którego książki recenzowałam już wcześniej - tym razem postanowił zabrać czytelników w swoją podróż właśnie po tym kraju.
To, co zaskakuje przede wszystkim to prawdziwy obraz, który autor nam przedstawia bez upiększeń, przewodnikowych zachwytów, czy miejsc, które zwiedzić trzeba. To książka, w której jeden z rozdziałów, może trochę na przekór, może specjalnie przeznaczona jest szczurom, które to stają się obok mnichów, dzieci sierot stają się bohaterami książki.
Autor niejednokrotnie udowadnia, że warto, chociaż często ze strachem, który później da się oswoić, zejść z utartych szlaków i poznać Indie z zupełnie innej perspektywy niż ta z widokiem na Taj Mahal. Nie ukrywam, że mnie najbardziej zachwyciły rozdziały z barwnymi fotografiami jedzenia oraz te ascetyczne z mnichami zatopionymi w medytacji. Feria barw i zaduma w mantrze. Dwie skrajności pokazujące, jak wiele kraj ten ma odwiedzającemu do pokazania.
Z dużą przyjemnością ruszyłam z autorem w podróż po tym kraju pokazywanym poprzez jego blaski i cienie, bez sztuczności z dużym autentyzmem. Do tego urzekające zdjęcia, które kuszą, by samemu wybrać się w taką podróż...
czwartek, 28 stycznia 2016
Marek Pindral - Oman W cieniu minaretów
Niezbyt często sięgam po powieści podróżnicze, ale są autorzy, dla których robię wyjątek Po udanej lekturze powieści "Chiny (recenzja tutaj) z dużym zainteresowaniem sięgnęłam po najnowszą opowieść Marka Pindrala "W cieniu Minaretów. Oman". Tym bardziej, że kraj, o którym autor pisze jest mi niemal zupełnie nieznany.
Marek Pindral odwiedził kilkadziesiąt krajów, bacznie obserwując napotykaną po drodze rzeczywistość. (...) W Omanie spędził ponad 1001 dni i nocy, dlatego „W cieniu minaretów" znajdziemy – zupełnie jak w baśniach Szeherezady – opowieść splecioną z wielu wątków:
Już sama okładka zachęca, do tego, żeby zajrzeć do środka, prawda? Mogę was zapewnić, że im dalej tym ciekawiej. Dlaczego? dla mnie przede wszystkim dlatego, że dzięki autorowi konfrontujemy nasz świat z światem rządzącym się zupełnie innymi prawami przede wszystkim religijno-obyczajowymi. Co w zderzeniu z toczącą się wokoło dyskusją na temat muzułmańskich emigrantów i uchodźców nabiera zupełnie innego wymiaru. W jakim sensie? Przede wszystkim dlatego, że autor nie pozostawiając złudzeń przedstawia świat z jednej strony tak ortodoksyjny, że pozwala się kobiecie zginąć w płomieniach, bo jest to obyczajowo lepsze wyjście niż pokazanie jej twarzy, z drugiej strony to świat, gdzie napisy ostrzegające przed uzależnieniem od narkotyków jest tak duże, że kampania prowadzona jest poprzez napisy na foliówkach z supermarketów. To już nie nasze bądź eko, tylko bądź czysty... Takich przykładów autor przywołuje mnóstwo. Dla mnie to zderzenie ograniczeń religijnych z ogromnym ludzkim/ świeckim relatywizmem, który tłumaczy wiele/wszystko jest fenomenem. Chyba po prostu mniej razi niż zderzenie na naszym lokalnym podwórku. I świadczy niewątpliwie o tym, że nie tylko nasza religia nijak nie radzi sobie z nowoczesnością i zmianami, które ta za sobą niesie.
Przeczytamy o flakonie perfum, które kosztują więcej niż samochód, i wielbłądach, droższych od żon. Złożymy ofiarę ze zwierząt, staniemy na najwyższej górze w Omanie i zejdziemy do wioski w głębokim kanionie. Na pustyni złośliwe dżiny będą płatać figle, ale Prorok Sulejman dopilnuje, żeby inne służyły ludziom pomocą. Przy okazji dowiemy się, że ów Sulejman to znany i nam król Salomon, bo wyrastamy przecież z tego samego, biblijnego pnia. Dlatego poznamy także przedślubne perypetie... Jezusa, bo na cześć owego proroka islamu takie imię nosi do dziś wielu muzułmanów. Pojedziemy na pogranicze z Jemenem, skąd królowa Saby wiozła Salomonowi kadzidło, poznamy Arabów, którzy rwali na strzępy polski opłatek, oraz takich, którzy z radością się nim łamali, zapraszając potem autora na wspólne modły do meczetów, potrafiących w Omanie latać niczym dywany.
Co jeszcze wyniknie z owego spotkania zachodniego wędrowcy z Orientem, bo Oman jest w książce pretekstem także do szerszych rozważań? Czy naprawdę tak bardzo różnimy się od muzułmanów, nawet tak konserwatywnych, jak omańscy ibadyci, czy może różnica między nami jest cienka, jak ludzki włos, co przyznał chrześcijański władca Etiopii, dając schronienie wysłannikom Proroka Mahometa? Posłuchajcie tej barwnej, napisanej ze swadą i humorem, opowieści...
Oprócz tego mamy oczywiście cała masę ciekawostek podróżniczych, bo razem z autorem przemierzamy kraj wzdłuż i wszerz poznając nie tylko zabytki wpisane na listę światowego dziedzictwa Unesco, ale również życie i problemy zwykłych mieszkańców. Mieszkańców, którymi okazali się być nie tylko mieszkańcy Omanu, ale całe rzesze emigrantów, który to z różnych powodów zamieszakali na Półwyspie Arabskim. Niby oczywiste, dla mnie jednak było dużym zaskoczeniem, jak koegzystencja kilku narodów wygląda w państwie muzułmańskim, w którym aktualnie nie toczy się żadna woja, a mieszkańcy nie walczą o szeroko pojętą i różnie rozumianą wolność.
Wisienką na torcie jest zdecydowanie duże poczucie humoru, dystans i gawędziarski sposób prowadzenia narracji przez autora. Super opowieść, skłaniająca nie tylko do refleksji, czy warto Oman odwiedzić czy nie....
Marek Pindral odwiedził kilkadziesiąt krajów, bacznie obserwując napotykaną po drodze rzeczywistość. (...) W Omanie spędził ponad 1001 dni i nocy, dlatego „W cieniu minaretów" znajdziemy – zupełnie jak w baśniach Szeherezady – opowieść splecioną z wielu wątków:

Już sama okładka zachęca, do tego, żeby zajrzeć do środka, prawda? Mogę was zapewnić, że im dalej tym ciekawiej. Dlaczego? dla mnie przede wszystkim dlatego, że dzięki autorowi konfrontujemy nasz świat z światem rządzącym się zupełnie innymi prawami przede wszystkim religijno-obyczajowymi. Co w zderzeniu z toczącą się wokoło dyskusją na temat muzułmańskich emigrantów i uchodźców nabiera zupełnie innego wymiaru. W jakim sensie? Przede wszystkim dlatego, że autor nie pozostawiając złudzeń przedstawia świat z jednej strony tak ortodoksyjny, że pozwala się kobiecie zginąć w płomieniach, bo jest to obyczajowo lepsze wyjście niż pokazanie jej twarzy, z drugiej strony to świat, gdzie napisy ostrzegające przed uzależnieniem od narkotyków jest tak duże, że kampania prowadzona jest poprzez napisy na foliówkach z supermarketów. To już nie nasze bądź eko, tylko bądź czysty... Takich przykładów autor przywołuje mnóstwo. Dla mnie to zderzenie ograniczeń religijnych z ogromnym ludzkim/ świeckim relatywizmem, który tłumaczy wiele/wszystko jest fenomenem. Chyba po prostu mniej razi niż zderzenie na naszym lokalnym podwórku. I świadczy niewątpliwie o tym, że nie tylko nasza religia nijak nie radzi sobie z nowoczesnością i zmianami, które ta za sobą niesie.
Przeczytamy o flakonie perfum, które kosztują więcej niż samochód, i wielbłądach, droższych od żon. Złożymy ofiarę ze zwierząt, staniemy na najwyższej górze w Omanie i zejdziemy do wioski w głębokim kanionie. Na pustyni złośliwe dżiny będą płatać figle, ale Prorok Sulejman dopilnuje, żeby inne służyły ludziom pomocą. Przy okazji dowiemy się, że ów Sulejman to znany i nam król Salomon, bo wyrastamy przecież z tego samego, biblijnego pnia. Dlatego poznamy także przedślubne perypetie... Jezusa, bo na cześć owego proroka islamu takie imię nosi do dziś wielu muzułmanów. Pojedziemy na pogranicze z Jemenem, skąd królowa Saby wiozła Salomonowi kadzidło, poznamy Arabów, którzy rwali na strzępy polski opłatek, oraz takich, którzy z radością się nim łamali, zapraszając potem autora na wspólne modły do meczetów, potrafiących w Omanie latać niczym dywany.
Co jeszcze wyniknie z owego spotkania zachodniego wędrowcy z Orientem, bo Oman jest w książce pretekstem także do szerszych rozważań? Czy naprawdę tak bardzo różnimy się od muzułmanów, nawet tak konserwatywnych, jak omańscy ibadyci, czy może różnica między nami jest cienka, jak ludzki włos, co przyznał chrześcijański władca Etiopii, dając schronienie wysłannikom Proroka Mahometa? Posłuchajcie tej barwnej, napisanej ze swadą i humorem, opowieści...
Oprócz tego mamy oczywiście cała masę ciekawostek podróżniczych, bo razem z autorem przemierzamy kraj wzdłuż i wszerz poznając nie tylko zabytki wpisane na listę światowego dziedzictwa Unesco, ale również życie i problemy zwykłych mieszkańców. Mieszkańców, którymi okazali się być nie tylko mieszkańcy Omanu, ale całe rzesze emigrantów, który to z różnych powodów zamieszakali na Półwyspie Arabskim. Niby oczywiste, dla mnie jednak było dużym zaskoczeniem, jak koegzystencja kilku narodów wygląda w państwie muzułmańskim, w którym aktualnie nie toczy się żadna woja, a mieszkańcy nie walczą o szeroko pojętą i różnie rozumianą wolność.
Wisienką na torcie jest zdecydowanie duże poczucie humoru, dystans i gawędziarski sposób prowadzenia narracji przez autora. Super opowieść, skłaniająca nie tylko do refleksji, czy warto Oman odwiedzić czy nie....
niedziela, 5 lipca 2015
Tadeusz Biedzki - Dziesięć bram świata
Autor podróżniczej książki „Dziesięć bram świata” zjeździł niemal cały Trzeci Świat i przeżył dramatyczne chwile. Spośród setek miejsc i dziesiątek zapierających dech w piersiach przygód - wybrał dziesięć, które wywarły na nim największe wrażenie.
Jest to książka o świecie, w którym natura, historia, nędza, okrucieństwa i wojny kształtują losy i charaktery ludzi. A równocześnie cudowna pięknem opisanych bohaterów, pełna emocji i wydarzeń „nie z tej ziemi”. Kiedy się ją kończy, fascynacja łączy się z ulgą, że żyjemy tu, a nie tam.
· zabiera czytelnika na krańce świata pokonując granice, których nie ma na mapach. Dociera na Jawę, by towarzyszyć górnikom wydobywającym w skrajnie niebezpiecznych warunkach siarkę z dna czynnego wulkanu.
· przenosi się do Indii, gdzie atakuje go nożownik i spotyka przerażających żebraków oraz „świętych mężów”.
· płynie po Amazonce, przedziera się przez dżunglę i poznaje niezwykłego Indianina.
· w Boliwii unika śmiertelnie niebezpiecznego więzienia przedostając się przez zieloną granicę do Peru, by uczestniczyć tam w krwawej ofierze potomków Inków.
· w afrykańskim Mali szuka zaginionego podczas wojny przyjaciela, a w dolinie rzeki Omo w Etiopii poznaje dzikie plamiona, których za kilka lat nie będzie, by potem uciekać stamtąd przed powodzią, w której ginie siedemset osób.
· w Betlejem pomaga ranionej przez izraelskich żołnierzy pięknej palestyńskiej dziewczynie, a dwa lata później poznaje w Damaszku jej ojca, syryjskiego terrorystę.
· w Stambułu podczas trzęsienia ziemi wali się hotel, w którym mieszka,
· w Kurdystanie opowiada mu o swoim życiu stary bojownik kurdyjski, który nienawidzi Turków,
· a w Nikozji poznaje skrzywdzonego przez los cypryjskiego Turka, który nienawidzi Greków.
Powiem szczerze, ze książkę wybrałam ze względu na autora, bo szczególnym fanem książek podróżniczych nie jestem. Po udanej lekturze "Zabawki Boga", byłam ciekawa jak autor przedstawi nam historie prawdziwe. I muszę przyznać, że mimo małych wad, o czym za chwilę jest to jedna z najlepszych książek tego typu, jaką miałam przyjemność przeczytać. Może dlatego, że nie jest ona książką typowo podróżniczą. Powiem więcej-jestem nią zachwycona!
Dlatego może najpierw zacznę od wad:
-mi do gustu nie przypadła okładka, ale to rzecz bardzo indywidualna
-brakowało mi wprowadzeń, mimo, ze autor jest mi znany, to dobrze byłoby, gdyby książka jednak miała jakieś wprowadzenie, odniesienie, kim są współprodróznicy autora, czy przy poszczególnych historiach dodanie informacji wstępnej-kiedy autor tam był itp.
Brak tych informacji jednak nie powoduje, że dużo traci się na lekturze.
Pierwsze wrażenie- im więcej historii z książki się przeczyta, tym chce się więcej! Dlaczego? Bo oprócz krótkich rysów historyczno-polityczno-podrózniczych każdy z rozdziałów to ciekawa historia postaci zamieszkujących region, do którego autor przybył. Często -zwłaszcza na początku książki są to historie trudne i bolesne, ale nie tylko. Często frapujące czy refleksyjne, skłaniające do przemyśleń, czy nawet wdzięczności, ze dany jest nam spokój codzienności życia.
Mi najlepiej czytało się zdecydowanie historie miejsc, w których już byłam, bądź, do których chciałabym pojechać. Jednak czytelnicy zainteresowani egzotyką również po lekturze nie powinni być rozczarowani. Do tego autor dołączył zdjęcia bohaterów, o których pisze - fajna sprawa, bo dzięki temu lektura jest zdecydowanie ciekawsza.
I nawet zabieg, za którym nie przepadam - takie niekończenie wątków, a później do nich wracanie, tu mi nie przeszkadzała, nawet więcej bardzo pasował, bo było to wyjątkowo dopracowane.
Ogromny autentyzm, prawdziwe historie i ciekawa treść sprawiły, ze oceniam książkę na 9/10
Jest to książka o świecie, w którym natura, historia, nędza, okrucieństwa i wojny kształtują losy i charaktery ludzi. A równocześnie cudowna pięknem opisanych bohaterów, pełna emocji i wydarzeń „nie z tej ziemi”. Kiedy się ją kończy, fascynacja łączy się z ulgą, że żyjemy tu, a nie tam.
· zabiera czytelnika na krańce świata pokonując granice, których nie ma na mapach. Dociera na Jawę, by towarzyszyć górnikom wydobywającym w skrajnie niebezpiecznych warunkach siarkę z dna czynnego wulkanu.
· przenosi się do Indii, gdzie atakuje go nożownik i spotyka przerażających żebraków oraz „świętych mężów”.
· płynie po Amazonce, przedziera się przez dżunglę i poznaje niezwykłego Indianina.
· w Boliwii unika śmiertelnie niebezpiecznego więzienia przedostając się przez zieloną granicę do Peru, by uczestniczyć tam w krwawej ofierze potomków Inków.
· w afrykańskim Mali szuka zaginionego podczas wojny przyjaciela, a w dolinie rzeki Omo w Etiopii poznaje dzikie plamiona, których za kilka lat nie będzie, by potem uciekać stamtąd przed powodzią, w której ginie siedemset osób.
· w Betlejem pomaga ranionej przez izraelskich żołnierzy pięknej palestyńskiej dziewczynie, a dwa lata później poznaje w Damaszku jej ojca, syryjskiego terrorystę.
· w Stambułu podczas trzęsienia ziemi wali się hotel, w którym mieszka,
· w Kurdystanie opowiada mu o swoim życiu stary bojownik kurdyjski, który nienawidzi Turków,
· a w Nikozji poznaje skrzywdzonego przez los cypryjskiego Turka, który nienawidzi Greków.
Powiem szczerze, ze książkę wybrałam ze względu na autora, bo szczególnym fanem książek podróżniczych nie jestem. Po udanej lekturze "Zabawki Boga", byłam ciekawa jak autor przedstawi nam historie prawdziwe. I muszę przyznać, że mimo małych wad, o czym za chwilę jest to jedna z najlepszych książek tego typu, jaką miałam przyjemność przeczytać. Może dlatego, że nie jest ona książką typowo podróżniczą. Powiem więcej-jestem nią zachwycona!
Dlatego może najpierw zacznę od wad:
-mi do gustu nie przypadła okładka, ale to rzecz bardzo indywidualna
-brakowało mi wprowadzeń, mimo, ze autor jest mi znany, to dobrze byłoby, gdyby książka jednak miała jakieś wprowadzenie, odniesienie, kim są współprodróznicy autora, czy przy poszczególnych historiach dodanie informacji wstępnej-kiedy autor tam był itp.
Brak tych informacji jednak nie powoduje, że dużo traci się na lekturze.
Pierwsze wrażenie- im więcej historii z książki się przeczyta, tym chce się więcej! Dlaczego? Bo oprócz krótkich rysów historyczno-polityczno-podrózniczych każdy z rozdziałów to ciekawa historia postaci zamieszkujących region, do którego autor przybył. Często -zwłaszcza na początku książki są to historie trudne i bolesne, ale nie tylko. Często frapujące czy refleksyjne, skłaniające do przemyśleń, czy nawet wdzięczności, ze dany jest nam spokój codzienności życia.
Mi najlepiej czytało się zdecydowanie historie miejsc, w których już byłam, bądź, do których chciałabym pojechać. Jednak czytelnicy zainteresowani egzotyką również po lekturze nie powinni być rozczarowani. Do tego autor dołączył zdjęcia bohaterów, o których pisze - fajna sprawa, bo dzięki temu lektura jest zdecydowanie ciekawsza.
I nawet zabieg, za którym nie przepadam - takie niekończenie wątków, a później do nich wracanie, tu mi nie przeszkadzała, nawet więcej bardzo pasował, bo było to wyjątkowo dopracowane.
Ogromny autentyzm, prawdziwe historie i ciekawa treść sprawiły, ze oceniam książkę na 9/10
wtorek, 10 września 2013
Kevin Michael Connolly - Drugi rzut oka Jak świat się na mnie gapił
"Ludzie przyglądali się Kevinowi od zawsze. Jedni ukradkiem, inni natarczywie. Niektórzy robili mu zdjęcia.
Chłopak bez nóg, do tego śmigający na deskorolce, budził sensację.
Wreszcie Kevin stracił cierpliwość i zaczął fotografować tych, którzy się na niego gapią. Po zrobieniu kilkuset zdjęć stwierdził, że reakcje gapiów są zawsze takie same, niezależnie od wieku, rasy, płci. Kupił, więc profesjonalny aparat, spakował plecak,
trzy pary zapasowych kółek do skateboardu, i pojechał w świat, podglądać gapiów spoza USA.
Z tej trwającej kilka miesięcy podróży przywiózł tysiące zdjęć – tak powstała wystawa „The Rolling Exhibition”, o której napisano: „15 krajów, 31 miast, 32 tysiące zdjęć, jedno spojrzenie”. A swoje przygody opisał w tej książce.
Kevin Michael Connolly (1985) – amerykański fotograf, absolwent University of Montana (wydział filmu i fotografii), narciarz, podróżnik. Pewnego dnia postanowił objechać świat, poznać różne kultury i ciekawych ludzi. I skutecznie to realizuje, udowadniając, że fizyczne ograniczenia nie są żadną przeszkodą. Kevin... urodził się bez nóg."
O czym jest ta książka?O życiu. Na pierwszy rzut oka wydawałaby się, że trudnym, ale tutaj Kevin przekonuje nas raczej, że z życiem pełnym wyzwań i przez to niewątpliwie bogatszym, niż można mieć wrażenie.
Nie jest to również typowa książka podróżnicza, raczej książka o konfrontacji różnych miejsc na mapie podróży autora z jego ograniczeniami i tym, z czym musiał sobie w danym mieście radzić. Tym bardziej jest to ciekawe, bo perspektywa Kevina -co widać na zdjęciach - jak dla mnie momentami jednak zbyt przerysowanymi, jeżeli chodzi o perspektywę, ale pewnie to zabieg celowy dla wzmocnienia dramatyzmu i podkreślenia jednak pewnej odrębności- jest zupełnie inna niż wszystkich tych, którzy podróżując mogą bez problemu spojrzeć nowo poznanym ludziom w oczy. Tutaj widok na wszytko jest "z dołu". Tym samym tez jego odbieranie i postrzeganie świata, który zapragnął poznać podczas swojej podróży jest zupełnie inne niż to, do którego jesteśmy przyzwyczajeni.
Co jeszcze zadziwia?To, że Kevin to nie jest zwykłe dziecko, czy nastolatek. Pomimo swoich oczywistych ograniczeń jego życie nie sprowadza się do jakby mogło się wydawać, czytania książek, oglądania telewizji czy siedzenia przed komputerem. Warunki, do których przez swoją chorobę został ograniczony sprawiają, że wszystko, czego spróbuje jest "bardziej" niż to, czego pragniemy my. Nie wystarcza mu jazda na wózku, czy chodzenie z protezami, swoich sił próbuje również w rożnego rodzaju sportach, nie zawsze wydawałaby się przeznaczonych dla niego. Dla mnie to zdumiewające, jakby chciał światu udowodnić, że można życie przeżyć na 200% i trzeba to wykorzystać. Pełna afirmacja.
Jedyny minus tej książki według mnie to kulejąca narracja, nie wiem czy wynika to z tego, że pisał to ktoś, dla kogo pisanie książek to nie jest główne zajęcie, czy słaba redakcja lub byc może kwestia przekładu. Na pewno można byłoby tą stronę trochę lepiej dopracować.
Tym niemniej moja ocena to 7/10
Polecam wszystkim tym, którzy kochają życie.
Chłopak bez nóg, do tego śmigający na deskorolce, budził sensację.
Wreszcie Kevin stracił cierpliwość i zaczął fotografować tych, którzy się na niego gapią. Po zrobieniu kilkuset zdjęć stwierdził, że reakcje gapiów są zawsze takie same, niezależnie od wieku, rasy, płci. Kupił, więc profesjonalny aparat, spakował plecak,
trzy pary zapasowych kółek do skateboardu, i pojechał w świat, podglądać gapiów spoza USA.
Z tej trwającej kilka miesięcy podróży przywiózł tysiące zdjęć – tak powstała wystawa „The Rolling Exhibition”, o której napisano: „15 krajów, 31 miast, 32 tysiące zdjęć, jedno spojrzenie”. A swoje przygody opisał w tej książce.
Kevin Michael Connolly (1985) – amerykański fotograf, absolwent University of Montana (wydział filmu i fotografii), narciarz, podróżnik. Pewnego dnia postanowił objechać świat, poznać różne kultury i ciekawych ludzi. I skutecznie to realizuje, udowadniając, że fizyczne ograniczenia nie są żadną przeszkodą. Kevin... urodził się bez nóg."
O czym jest ta książka?O życiu. Na pierwszy rzut oka wydawałaby się, że trudnym, ale tutaj Kevin przekonuje nas raczej, że z życiem pełnym wyzwań i przez to niewątpliwie bogatszym, niż można mieć wrażenie.
Nie jest to również typowa książka podróżnicza, raczej książka o konfrontacji różnych miejsc na mapie podróży autora z jego ograniczeniami i tym, z czym musiał sobie w danym mieście radzić. Tym bardziej jest to ciekawe, bo perspektywa Kevina -co widać na zdjęciach - jak dla mnie momentami jednak zbyt przerysowanymi, jeżeli chodzi o perspektywę, ale pewnie to zabieg celowy dla wzmocnienia dramatyzmu i podkreślenia jednak pewnej odrębności- jest zupełnie inna niż wszystkich tych, którzy podróżując mogą bez problemu spojrzeć nowo poznanym ludziom w oczy. Tutaj widok na wszytko jest "z dołu". Tym samym tez jego odbieranie i postrzeganie świata, który zapragnął poznać podczas swojej podróży jest zupełnie inne niż to, do którego jesteśmy przyzwyczajeni.
Co jeszcze zadziwia?To, że Kevin to nie jest zwykłe dziecko, czy nastolatek. Pomimo swoich oczywistych ograniczeń jego życie nie sprowadza się do jakby mogło się wydawać, czytania książek, oglądania telewizji czy siedzenia przed komputerem. Warunki, do których przez swoją chorobę został ograniczony sprawiają, że wszystko, czego spróbuje jest "bardziej" niż to, czego pragniemy my. Nie wystarcza mu jazda na wózku, czy chodzenie z protezami, swoich sił próbuje również w rożnego rodzaju sportach, nie zawsze wydawałaby się przeznaczonych dla niego. Dla mnie to zdumiewające, jakby chciał światu udowodnić, że można życie przeżyć na 200% i trzeba to wykorzystać. Pełna afirmacja.
Jedyny minus tej książki według mnie to kulejąca narracja, nie wiem czy wynika to z tego, że pisał to ktoś, dla kogo pisanie książek to nie jest główne zajęcie, czy słaba redakcja lub byc może kwestia przekładu. Na pewno można byłoby tą stronę trochę lepiej dopracować.
Tym niemniej moja ocena to 7/10
Polecam wszystkim tym, którzy kochają życie.
poniedziałek, 10 czerwca 2013
Marcin Gienieczko - Kierunek północ
"Tematem książki jest przemierzenie Dalekiej Północy: pieszo, w kanoe, na nartach, skuterem, psim zaprzęgiem, kajakiem. Od północnych rubieży Norwegii po Półwysep Kolski, Góry Mackenzie
w Kanadzie, skutą lodem rzekę Kołymę na północno-wschodniej Syberii oraz największą i najdłuższą rzekę Syberii Lenę. Od brzegów Bajkału po Ocean Arktyczny! Jest to wieloetapowa podroż przez miejsca, gdzie oprócz strzelających od mrozu świerków nie słychać nic. Czasami można tylko usłyszeć własne bijące serce."
w Kanadzie, skutą lodem rzekę Kołymę na północno-wschodniej Syberii oraz największą i najdłuższą rzekę Syberii Lenę. Od brzegów Bajkału po Ocean Arktyczny! Jest to wieloetapowa podroż przez miejsca, gdzie oprócz strzelających od mrozu świerków nie słychać nic. Czasami można tylko usłyszeć własne bijące serce."
Nie ukrywam, ze moja przygoda z książkami podróżniczymi nie trwa długo i nie jest w swoich rozmiarach oszałamiająca, więc tak naprawdę mam mało punktów odniesienia jeżeli chodzi o tego rodzaju literaturę i jak dotychczas nie trafiłam jeszcze na pozycje, która bezwzględnie by mnie oczarowała i zauroczyła.
Książka Marcina Gienieczki niestety też nie trafila w sedno, pomimo ciekawej okładki, fajnego druku, pomysłowego ukladu i dodatku w formie plyty cd.
Wszystko to było interesujące, niestety skonfrontowanie tego ze starym powiedzeniem "nie oceniaj książki po okładce" okazało się i w tym przypadku tylko potwierdzeniem tezy.
Może najpierw o plusach - to nie tylko książka podróżnicza, bo oprócz spodziewanych opisów, zdjęć i historii z wyprawy mamy również wiele przemyśleń autora, momentami walki ze sobą samym...
Autor konfrontuje również trudności, które w związku z wyprawą spotykają go w świecie, którego mieszkaniec Północy nigdy by nie zrozumiał, a w którym przyszło żyć Marcinowi Gienieczce. Taka swoista konfrontacja Północy, w której system wartości jest zupełnie inny niż na Południu, gdzie świat pędzi w zastraszającym tempie a czyjś kaprys, czy zły dzień mogą zaprzepaścić marzenia innych ludzi.
O tym, co tak naprawdę ważne jest w zyciu razem z autorem przekonujemy się na końcu książki, pewne wartości pozostają uniwersalne, bez względu na to na jakim równoleżniku aktualnie się znajdujemy.
No i część stricte podróżnicza - ciekawa, interesująca, często połączona z kontekstem historycznym.
Jeżeli chodzi o minusy - dla mnie najbardziej męczący podczas lektury był natłok nazwisk i postaci, które nie zawsze miały kluczową rolę do odegrania w historii opowiedzianej przez Marcina Gienieczkę. Często musiałam cofać się o kilka stron, żeby sprawdzić kto jest kto. Sprawiało to, że mimo dużej ilości zdjęć dołączonych do książki (chociaż niestety tu autor nie ustrzegł się małej wpadki, niestety), czytało się ją ciężko, a na początku wręcz mozolnie.
Moja ocena to 5,5/10
piątek, 26 października 2012
Martyna Wojciechowska - Zanzibar
"Podobno to właśnie zapach tej wyspy skusił kiedyś portugalskich żeglarzy, którzy
odkryli dla Europejczyków Zanzibar - wyspę leżącą u wybrzeży Tanzanii. To
królestwo przypraw - powietrze jest tu przesiąknięte wonią goździków, cynamonu,
gałki muszkatołowej, imbiru, kardamonu, wanilii... Jeżeli do tego dodacie błękit
oceanu, najpiękniejsze plaże jakie widziałam to jest właśnie Zanzibar - raj na
ziemi. Uprzedzam, że z bliska jest jeszcze bardziej atrakcyjny.
Mnie jednak najbardziej zaintrygowała praktykowana na tej wyspie poligamia - każdy mężczyzna wyznający islam może poślubić nawet cztery żony. Ale raczej nie ma mu czego zazdrościć, ponieważ najpierw musi za nie zapłacić, potem każdej żonie zapewnić oddzielny dom, kupić dokładnie taką samą biżuterię i z każdą spędzić dokładnie tyle samo czasu... Ja na kilka dni zamieszkałam z dwoma żonami jednego męża próbując znaleźć odpowiedź na pytanie czy zazdrość o inną kobietę jest cechą wrodzoną czy nabytą poprzez wychowanie? Odpowiedź znajdziecie w tej książce."
Malutka książeczka z dużą ilością zdjęć, ktora nie jest ani książką pordóżniczą ani przewodnikiem, chociaż zawiera elementy jednego i drugiego. Taka pozycja, mam wrażenie wydana na siłę, w zasdzie zawiera wszystko, to co można bylo zobaczyć w programie i przeczytać w książkach powstałych na jego podstawie. Jedyną różnicą jest wstęp-typowe informacje dla przewodnika-o tym jak przygotowac się do podróży i w telegraficznym skrócie co zobaczyć. W dalszej części pozanejemy historię 2 kobiet z poligamistycznych małżeństw. Jak dla mnie zbyt płytko, zbyt ogólnikowo i powierzchownie, tak jakby koniecznie miała się zmieścić na tych kilkudziesięciu małych karteczkach. Do tego na końcu motyw młodego mieszkańca Zanzibaru z politycznymi aspiracjami, wzorującego się na Baracku Obamie-zupełnie bez zwiazku z pierwszą częścią. I tak naprawdę nie wiadomo po co. Szkoda czasu, lepiej już sięgnąć po "pełnowymiarowe" książki Martyny.
Moja ocena 5/10 za fajne zdjęcia
Mnie jednak najbardziej zaintrygowała praktykowana na tej wyspie poligamia - każdy mężczyzna wyznający islam może poślubić nawet cztery żony. Ale raczej nie ma mu czego zazdrościć, ponieważ najpierw musi za nie zapłacić, potem każdej żonie zapewnić oddzielny dom, kupić dokładnie taką samą biżuterię i z każdą spędzić dokładnie tyle samo czasu... Ja na kilka dni zamieszkałam z dwoma żonami jednego męża próbując znaleźć odpowiedź na pytanie czy zazdrość o inną kobietę jest cechą wrodzoną czy nabytą poprzez wychowanie? Odpowiedź znajdziecie w tej książce."
Malutka książeczka z dużą ilością zdjęć, ktora nie jest ani książką pordóżniczą ani przewodnikiem, chociaż zawiera elementy jednego i drugiego. Taka pozycja, mam wrażenie wydana na siłę, w zasdzie zawiera wszystko, to co można bylo zobaczyć w programie i przeczytać w książkach powstałych na jego podstawie. Jedyną różnicą jest wstęp-typowe informacje dla przewodnika-o tym jak przygotowac się do podróży i w telegraficznym skrócie co zobaczyć. W dalszej części pozanejemy historię 2 kobiet z poligamistycznych małżeństw. Jak dla mnie zbyt płytko, zbyt ogólnikowo i powierzchownie, tak jakby koniecznie miała się zmieścić na tych kilkudziesięciu małych karteczkach. Do tego na końcu motyw młodego mieszkańca Zanzibaru z politycznymi aspiracjami, wzorującego się na Baracku Obamie-zupełnie bez zwiazku z pierwszą częścią. I tak naprawdę nie wiadomo po co. Szkoda czasu, lepiej już sięgnąć po "pełnowymiarowe" książki Martyny.
Moja ocena 5/10 za fajne zdjęcia
środa, 3 października 2012
Beata Pawlikowska - Blondynka w Australii
Mam bardzo mieszane
uczucia jeżeli chodzi o Pawlikowską. Kiedyś nie mogłam jej znieść, później
przez jakiś czas udało się jej do mnie przekonać, jednak ostatnio chyba wracam
do punktu wyjścia. Zwłaszcza po ostatnich jej publikacjach i wypowiedziach na
temat zdrowej żywności. Oczywiście można być „znawcą” i negować zachowania ludzi kupujących rzeczy z promocji, jako alternatywę stawiając im tych, którzy za wszelką cenę szukają zdrowej żywności, w cenach przewyższających ich możliwości zakupowe. Czasem wybór pomiędzy ceną a zdrową żywnością jest tak
naprawdę wyborem czym nakarmić rodzinę, kiedy do kolejnej pensji tak daleko.
To taka moja dygresja
na temat mądrości Pani Pawlikowskiej.
„Wiedziałam, że to jest niezwykły kraj. Ale to, co
odkryłam, okazało się dużo bardziej zdumiewające, fascynujące i intrygujące,
niż mogłam sobie wyobrazić. Prawda o Australii jest brutalna. Pełna magii,
sprzeczności i przemocy.”
Ze strony www.beatapawlikowska.com
A wracając do
książki - niestety to kolejne rozczarowanie ( po wyjątkowo mało ambitnej, nudnej
i okraszonej infantylnymi rysuneczkami „Blondynce w Amazonii”, której lektura zajęła mi dokładnie 1,5 godziny). Tutaj też mamy zarówno dużo rysuneczków, które mnie osobiście irytowały, jak i dużo-często zapierających
dech i będących jedynymi w zasadzie plusami tej książki– fotografii.
Czemu tak bardzo nie
podobała mi się się książka Pawlikowskiej – bo panuje tam ogromny chaos, przeplatany
cytatami z historycznych książek dotyczących Australii ( cytaty same w sobie
ok, ale w połowie książki już odczuwalny był ich przesyt). Nie wiadomo ani jak
wyglądał plan tej podróży, co autorka chciała zobaczyć, ani gdzie mieszkała,
ile dni spędziła gdzie…Możemy za to dużo poczytać jej pseudopsychologicznych przemyśleń na
temat życia, podróży… Część trafnych, część nie, czyli do wcześniejszego chaosu
dochodzi jeszcze darmowy (ale tylko dla tych, którzy tą ksiażke pożyczyli czy wypożyczyli) element "porady" psychologicznej.
Sama Australia – kraj
mało znany, nie staje się wcale bardziej znany dzięki książce
Blondynki…niestety, bo oczekiwania, sądząc po okładce i formacie miałam spore.
Zamiast rzeczowej i
wciągającej lektury pozostaje tylko nacieszenie oczy pięknymi zdjęciami.
Moja ocena 4/10
poniedziałek, 24 września 2012
Anna J. Dudek - Dolce Vita po polsku
"Bo właśnie o to chodzi w tej miłości do Włoch. O czerpanie radości z najprostszych rzeczy"
Grażyna Torbicka
Mało książek serwuje nam tak dużo ciepłych I pozytywnych doznań jak książka autorstwa Anny J. Dudek. Jest to idealna lektura nie tylko dla ludzi kochających Włochy. To doskonała pozycja również dla tych, którzy Włochy i Włochów poznać pragną bardziej…ale również dla tych, którzy na początku jesieni tęsknią już za latem…
„Grażyna Torbicka, Zbigniew Boniek, Ania Kuczyńska, Jan Rokita, Jacek Pałasiński, Janusz Kaniewski czy Sergiusz Stochmiałek opowiadają, jak można w Polsce żyć po włosku. Wtórują im Włosi, którzy wybrali życie w naszym kraju. Mówią o swojej polsko-włoskiej drodze, tłumaczą, skąd się wzięła polska nostalgia do Włoch, zdradzają swoje włoskie inspiracje: literackie, filmowe, malarskie i, oczywiście, kulinarne. Przekonują, że Włochy to nie tylko piękne krajobrazy i doskonała kuchnia, ale dzielą się też przepisami na najlepsze włoskie dania, radzą, jak wybrać wino czy ubierać się z włoską fantazją.
Między ich opowieści autorka wplotła mnóstwo przydatnych dla italofilów informacji: które włoskie filmy trzeba zobaczyć, jak i gdzie jeść po włosku, jakie wina zamawiać, by przyjemność jedzenia była większa...
Podobno Polacy jako jedyni na świecie potrafią nauczyć się włoskiego w trzy tygodnie. Dzięki tej książce włoski styl życia będzie na wyciągnięcie ręki.”
Między ich opowieści autorka wplotła mnóstwo przydatnych dla italofilów informacji: które włoskie filmy trzeba zobaczyć, jak i gdzie jeść po włosku, jakie wina zamawiać, by przyjemność jedzenia była większa...
Podobno Polacy jako jedyni na świecie potrafią nauczyć się włoskiego w trzy tygodnie. Dzięki tej książce włoski styl życia będzie na wyciągnięcie ręki.”
Każdy rozdział to inna postać, pomiędzy rozdziałami autorka umieszcza wiele informacji, najczęściej dotyczących motywu głównego przemyśleń autora wcześniejszego rozdziału. Uważam to za super pomysł, taka wisienka na torcie. Po każdym z nich znaleźć można słownik włoskich wyrazów użytych w danej części. Jeżeli chodzi o mnie to mi bardziej odpowiadałoby, żeby ten słownik, wraz z krótką notką biograficzną o każdym z autorów znajdował się na początku rozdziału zamiast na końcu. O ile Grażyny Torbickiej czy Zbigniewa Bońka nie trzeba mi przedstawiać, o tyle z niektórymi innymi miałam problemy…Dopiero po przeczytaniu tych notek wiadomo często dlaczego autorzy tyle miejsca poświęcają np. jedzeniu czy operze.
Autorce udało się zgromadzić całą plejadę Włochów i osób we Włoszech zakochanych, którzy jednak nie utwierdzają czytelnika w przeświadczeniu, że kraj to raj mlekiem i miodem płynący, zwracają też uwagę na wady, czy zaniedbania, często konfrontując je z cechami Polaków. Dużo uwagi poświęcono też podobieństwom które łączą nas z mieszkańcami Rzymu czy Mediolanu – wbrew pozorom to nie tylko swoiste umiłowanie do hedonizmu ;)
Przeczytać możemy o wszystkim co wiedzieliśmy lub czego nie wiedzieliśmy o Włoszech i Włochach…mimo to jednak po przeczytaniu pozostaje niedosyt, który nazwałabym pozytywnym niedosytem, który sprawia, że gotowi jesteśmy już teraz, choćby jutro wsiąść do samolotu i skonfrontować to wszystko, o czy przeczytaliśmy na żywo. Jedyne, co jednak pozostaje to dobra kawa i włoski deser- tiramisu lub panna cotta…
Moda, kuchnia, film, architektura, piłka nożna to kilka z migawek z podróży, w którą zabrała nas autorka. Do tego praktyczne rady - jak ubierać się szykownie, jakie wino wybrać, gdzie zjeść dobre włoskie danie i, że makaron soli się pod koniec gotowania, a nie na początku …wszystko to sprawia, że będę niejednokrotnie wracać do tej książki.
Na pewno czuję się zachęcona do obejrzenia wielu polecanych w książce włoskich filmów, spróbowania nowych włoskich smaków…
Jedyne czego mogłabym się czepić to okładka, dla mnie mało zachęcająca i sporo błędów redakcyjnych i literówek, które nie pozwalają w 100% cieszyć się z lektury.
Moja ocena 8/10
Moja ocena 8/10
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu
poniedziałek, 23 lipca 2012
James Rollins - Amazonia
Stęskniłam się za Rollinsem, nawet bardzo. Dlaczego tacy autorzy piszą tak mało książek? I karzą na siebie taaaak długo czekac? Żeby nie znudziło się czytelnikom? - w przypadku Rollinsa to niemożliwe!
Wiedzą to nie tylko wielbiciele dobrej akcji, czy fani przygód Indiany Joensa, bowiem książki tego autora to swoisty mix thirillerów i książek przygodowych.
Tegoroczny urlop wyjątkowo spędziliśmy bez Steva Berryego i Rollinsa, trzeba więc było -dzięki uprzejmości znajomej bibliotekarki - szybko ten błąd nadrobić. I po raz pierwszy na tym blogu wystawię MOJĄ OCENĘ 10/10!
Za wydawnictwem Albatros:
"Ekspedycja naukowa doktora Carla Randa przepada bez wieści w amazońskiej dżungli. Cztery lata później wycieńczony, umierający mężczyzna, jeden z zaginionych, pojawia się w niewielkiej wiosce misyjnej. Okazuje się, że wszedł do dżungli z amputowaną przy barku ręką, a wyszedł z dwoma zdrowymi! Efekt działania nieznanej rośliny umożliwiającej regenerację tkaneka Tropem pierwszej wyprawy rusza kolejna. Wkrótce staje się jasne, że niedające się logicznie wytłumaczyć wydarzenia mogą mieć związek tajemniczym, bliżej niezbadanym plemieniem Krwawych Jaguarów, o którym jedynie szepcze się wśród tubylców. Jego członkowie umieją znikać, przynosząc śmierć każdemu, kogo napotkają. Nawet dżungla poddaje się ich woli. Szlak ekspedycji będzie naszpikowany wieloma śmiertelnymi niebezpieczeństwami, prawda zaś może się okazać nie wybawieniem, lecz zgubą..."
Nie mogłam się oderwać, a już dawno mi się to nie zdarzyło, byłam zła, że trzeba iść spać, bo następnego dnia do pracy, a tu akcja tak wciąga. Jestem zachwycona, bo Rollins zawsze zachwyca nie tylko tym, co oczywiste, czyli rewelacyjną przygodą, super akcję to jeszcze dużo uczy, skłania do przemyśleń (o poprzedniej dyskutowaliśmy z Adrianem 3 dni, czy to możliwe, prawdopodobne, a może jednak nie? Ciekawa jestem jak będzie teraz, bo ja jestem pierwszą czytelniczką). Tym razem jak dla mnie bohaterem głównym jest dżungla, nie ta bezpłciowa ukazana np. w książce Pawlikowskiej, tylko dżungla żyjąca swoim własnym życiem, duszna, niebezpieczna, zaskakująca różnorodnością i strachem, jaki wywołuje. Czytając masz wrażenie, że to gdzieś obok ciebie. Do tego Rollins – z zawodu lekarz weterynarii - otwiera przed czytelnikiem paletę zwierząt i roślin, pokazuje ich zachowania, właściwości, medycynę naturalną zderza z nowoczesnymi lekami, wprowadza zarazę… Jego swoisty atlas roślin i zwierząt (i ich mutacji) dodatkowo wzbogacają opisy na pierwszej stronie nowego rozdziału konkretnych roślin, które „występują” w danej części. Jeżeli dodamy do tego tajemnice zaginionej cywilizacji, cudowne rośliny, mutacje zwierzęce, priony, z drugiej strony zaś za wszelką cenę walkę o pieniądze sławę, ale także życie ludzkie powstaje bardzo udana mieszanka.
Oczywiście zakończenia można się spodziewać, brak trochę elementu zaskoczenia, jednak „zwierzęcy” finisz całkowicie mnie rozczulił. Jedyny mały - w porównaniu z całością-mankament to jak dla mnie mało zarysowane postacie, nie wszystkie oczywiście, ale myślę, że niektórym można było poświęcić trochę więcej uwagi. Z drugiej strony jeżeli za głównego bohatera uznamy dżunglę, to o niej jest wystarczająco ;) Wklejam też link ze strony autora Rollins Amazonia
Tegoroczny urlop wyjątkowo spędziliśmy bez Steva Berryego i Rollinsa, trzeba więc było -dzięki uprzejmości znajomej bibliotekarki - szybko ten błąd nadrobić. I po raz pierwszy na tym blogu wystawię MOJĄ OCENĘ 10/10!
Za wydawnictwem Albatros:
"Ekspedycja naukowa doktora Carla Randa przepada bez wieści w amazońskiej dżungli. Cztery lata później wycieńczony, umierający mężczyzna, jeden z zaginionych, pojawia się w niewielkiej wiosce misyjnej. Okazuje się, że wszedł do dżungli z amputowaną przy barku ręką, a wyszedł z dwoma zdrowymi! Efekt działania nieznanej rośliny umożliwiającej regenerację tkaneka Tropem pierwszej wyprawy rusza kolejna. Wkrótce staje się jasne, że niedające się logicznie wytłumaczyć wydarzenia mogą mieć związek tajemniczym, bliżej niezbadanym plemieniem Krwawych Jaguarów, o którym jedynie szepcze się wśród tubylców. Jego członkowie umieją znikać, przynosząc śmierć każdemu, kogo napotkają. Nawet dżungla poddaje się ich woli. Szlak ekspedycji będzie naszpikowany wieloma śmiertelnymi niebezpieczeństwami, prawda zaś może się okazać nie wybawieniem, lecz zgubą..."
Nie mogłam się oderwać, a już dawno mi się to nie zdarzyło, byłam zła, że trzeba iść spać, bo następnego dnia do pracy, a tu akcja tak wciąga. Jestem zachwycona, bo Rollins zawsze zachwyca nie tylko tym, co oczywiste, czyli rewelacyjną przygodą, super akcję to jeszcze dużo uczy, skłania do przemyśleń (o poprzedniej dyskutowaliśmy z Adrianem 3 dni, czy to możliwe, prawdopodobne, a może jednak nie? Ciekawa jestem jak będzie teraz, bo ja jestem pierwszą czytelniczką). Tym razem jak dla mnie bohaterem głównym jest dżungla, nie ta bezpłciowa ukazana np. w książce Pawlikowskiej, tylko dżungla żyjąca swoim własnym życiem, duszna, niebezpieczna, zaskakująca różnorodnością i strachem, jaki wywołuje. Czytając masz wrażenie, że to gdzieś obok ciebie. Do tego Rollins – z zawodu lekarz weterynarii - otwiera przed czytelnikiem paletę zwierząt i roślin, pokazuje ich zachowania, właściwości, medycynę naturalną zderza z nowoczesnymi lekami, wprowadza zarazę… Jego swoisty atlas roślin i zwierząt (i ich mutacji) dodatkowo wzbogacają opisy na pierwszej stronie nowego rozdziału konkretnych roślin, które „występują” w danej części. Jeżeli dodamy do tego tajemnice zaginionej cywilizacji, cudowne rośliny, mutacje zwierzęce, priony, z drugiej strony zaś za wszelką cenę walkę o pieniądze sławę, ale także życie ludzkie powstaje bardzo udana mieszanka.
Oczywiście zakończenia można się spodziewać, brak trochę elementu zaskoczenia, jednak „zwierzęcy” finisz całkowicie mnie rozczulił. Jedyny mały - w porównaniu z całością-mankament to jak dla mnie mało zarysowane postacie, nie wszystkie oczywiście, ale myślę, że niektórym można było poświęcić trochę więcej uwagi. Z drugiej strony jeżeli za głównego bohatera uznamy dżunglę, to o niej jest wystarczająco ;) Wklejam też link ze strony autora Rollins Amazonia
środa, 6 czerwca 2012
Jarosław Kret - Mój Egipt
Za lubimyczytać.pl:
"Kolejna po bestsellerowych „Moich Indiach” książka Jarka Kreta - dziennikarza, podróżnika, prezentera pogody. To obraz bardzo osobisty, budowany na wielokrotnych wizytach w tym kraju. Najpierw na rocznym stypendium studenckim, potem podczas licznych - dłuższych lub krótszych pobytów. Autor przemierzając kraj wzdłuż i wszerz poznawał go coraz głębiej i czuł się coraz bardziej związany i zauroczony. Wszystko to opisał i bogato zilustrował zdjęciami. Na końcu książki autor dołączył garść przepisów kulinarnych"
i miało być tak dobrze, bo fajne zdjęcia, pomysł, okładka,przepisy i zachwyty recenzentów... mnie nie zachwyciło, przeczytałam, czy raczej wymęczyłam się przez 50 stron, a później odpuściłam, bo szkoda mi czasu na książki, które w żaden sposób nie są w stanie mnie zainteresować.
czwartek, 8 grudnia 2011
Etiopia Ale czat! Martyna Wojciechowska
Powiem szczerze, że kiedyś niezbyt lubiłam Marynę Wojciechowską oraz jej pomysły na życie. Pamiętałam ją z czasów Big Brothera, a ta jej "wersja " zniechęciła mnie do niej na długo. Zdanie zmieniłam po obejrzeniu pierwszych kilku odcinków "Kobiety na krańcu świata" i wciągnęło mnie na dobre. Kolejni Mikołaje uszczęśliwili mnie książkami z tej samej serii :) Natomiast na książkę o Etiopi natknęłam się ostanio w bibliotece i muszę przyznać, że mimo, iż wcześniej nie lubiłam tego typu książek, ta podobała mi się bardzo. Książka wzbogacona jest dużą ilością zdjęć, komentarzy i dodatkowych informacji o religii, kulturze, wierzeniach itp. oraz mnóstwem ciekawostek. Podzielona jest ona na rozdziały, z których każdy poświęcony jest innej części kraju. Każdy z nich odkrywa przed czytającym coraz to nowe tajemnice tego egzotycznego kraju. Wraz z Martyną mamy szansę poznać etiopskie zwyczje, jedzenie, czy napoje. Każda strona to nowa przygoda, dzięki której można się poczuć tak, jakby się tam było,a wszystko to co przeżyła Martyna i jej ekipa działo się na oczach czytającego. Dodatkowo pomagają w tym wspomniane wczesniej zdjęcia. Rozdział o przygotowywaniu i parzeniu kawy tak podziałał na moje zmysly, że niemal czulam ten smak i aromat, do tego stopnia, że sama nabrałam ochoty na taką własnie kawe. Akcja przepalatna jest śmiesznymi, często uszczpypliwymi, czy nawet ironicznymi, ale jednak ciągle ze sporym dystansem do siebie i innych, komentarzami autorki. Nie sądzilam, że mnie ta książka, aż tak wciągnie. Polecam
Moja ocena 9/10
Moja ocena 9/10
Subskrybuj:
Posty (Atom)










