Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 marca 2017

Marcin Przybyłek - Orzeł Biały



Jest rok 2057. Wskutek działań ubocznych N-Genu, leku hamującego starzenie się, ludzie przemieniają się w zielone, żądne krwi istoty przypominające orków. Zniszczona zostaje technologiczna infrastruktura globu, tkanka społeczna rozpada się i przeobraża. Ostatnią enklawą ludzkości jest Polska. Twierdza Polska. W niej dzielni woje doborowych oddziałów piechoty zmotoryzowanej, w tym batalionu „Orzeł Biały”, będą musieli stawić czoło nie tylko zalewowi Zielonoskórych, ale i swoim słabościom, w tym brakowi higieny, który szczególnie doskwiera sierżantowi… Ale nie uprzedzajmy faktów.

Wojna to temat bardzo intrygujący, wszyscy wiedzą, że wojna przynosi ból i stratę, a jednak tak bardzo do niej dążymy...

(Wojna cz. 1)

Ostatnio trafiło do mnie kilka książek mniej lub bardziej sci-fi dotyczących wojny. Pierwszą z nich był Orzeł Biały Marcina Przybyłka.

Jej... aż nie wiem od czego zacząć.

Założyłem sobie kiedyś sztywny podział na książki fantasy i książki since fiction. Jedno to magia, czary, niesamowite stwory, a drugie to nauka, kosmos i przyszłość. Zdaję sobie sprawę, że ten podział jest sztuczny i jest mnóstwo pozycji, które się mogą wzajemnie przenikać (przykład - naukowe wyjaśnienie umiejętności postrzeganych jako magia). Pan Marcin zrobił to trochę inaczej.
Z góry przepraszam, jeśli komuś popsuję lekturę zdradzając o czym ona jest.

Otóż w Orle Białym mamy Orków! Takich warhammerowopodobnych Zielonoskórych. Tyle, że zielonoskórzy nie są inną odrębną rasą stworzoną przed wiekami, tylko zostali stworzeni przez samych ludzi, albo ich żądze do wiecznej młodości. Pewna szczepionka, która miała być lekiem na starość i dzięki której ludzkość zdobywała się na realizację najskrytszego marzenia, okazała się być mutagenem, który przekształca ludzi w Orków... Oczywiście o tym skutku ubocznym ludzkość dowiedziała się jak już było za późno.

Naiwne ? (but wait, there's more) Pominę fakt, że mutacja objawiła się w najdogodniejszym momencie, kiedy większość globu była już 'zaszczepiona'. To główny wątek, ale naiwnych wprowadzeń mamy więcej - otóż wyobraźcie sobie, że zacofany ciemnogród w Polsce - ten (powiedzmy, który teraz zwalcza WOŚP) nurt w polskim życiu prywatnym i politycznym, poprzez odrzucenie chorych idei wiecznej młodości, które są wbrew Bogu i naturze, uchronił nasz kraj (i tylko nasz) przed zatraceniem ludzkości i wartości humanitarnych (sic!)
(you think its a greenskin ? nope, it's just Chucktesta)

Dalej! Dalej!

Jedną z bardziej rozbudzających wyobraźnię rodaków jest idea Wielkiej Polski (a kiedy byliśmy wielcy? no za króla... yyy... tego z mieczem i...) to, może Polska będzie wielka jak przywrócimy monarchię? Feel free - Pierwszy król okazał się też niezwykłym ekonomistą, który pchnął gospodarkę - nadał jej tempa w świecie ograniczonego dostępu do zasobów spoza granic kraju...


Ech...
Powieść kreowana jest na pokazywanie fragmentów to z jednego obozu, to z drugiego...
Ograniczenie intelektualne Orków nadrabiają tężyzną (nic odkrywczego) i w związku z tym pojawia się kilka śmiesznych epizodów (wyposażenie żywej rakiety w spadochron), ale ogólnie Zielonoskórzy są antypatyczni, a jedyna rasa (biała oczywiście) ludzka jest dotknięta Bożym Palcem.

Przepraszam, ale w pewnym momencie miałem dość mesjanizmu, kreowanego trochę sztuczni ei na siłę,  trochę też mam dość tej manii nacjonalistycznej, promowanej w Polsce obecnie. Szkoda, ze niektórzy pisarze - nie partykularnie autor- dali się wciągnąć w przepychankę w jedną lub drugą stronę (oczywiście w szczególności gdy dzielą się swoimi poglądami, które są opozycyjne w stosunku do moich, choć to dość łatwe, to akurat w obecnej sytuacji politycznej, jest bardzo drażniące).


poniedziałek, 21 listopada 2016

Konrad T. Lewandowski - Ksin koczownik

Daleką, długą i męczącą drogę Ksin przebył,  by znaleźć się jako mąż - władca i przyszły król plemienia Pierwszego Świata. Tylko czy z punktu widzenia samego Ksina (i czytelnika) był to awans ?

Trudno zarzucić Ksinowi, że nie dba o swoich ludzi - to mu całe szczęście pozostało ze służby królewskiej, ale nowa rola i nowa sytuacja jakby trochę Go przerastała. Zbyt dużo zasad o których musi pamiętać, zbyt zawikłane powiązania wśród ludzi jego plemienia i do tego dochodzi Przepowiednia, Potomek, Państwo i Pogoń...

Postaci jakie poznajemy w jego nowym otoczeniu są dobrze przemyślane, a działania (lub często brak działań) Ksina mają na nie realny wpływ oraz na ich motywację oraz czyny. Szkoda tylko, że moim zdaniem trochę po macoszemu potraktował 'stare' postacie... Saro przemyka w tle żując szalej... Ale cóż, życie toczy się dalej, a Plemię wędruje dalej (ku przyszłości).

Gdybyśmy byli w tak magicznym miejscu jak Pierwszy Świat, gdzie obfitością darzy nas Niebo i Ziemia. Co chwilę inne, nieboskłony nad bohaterami, czasem tylko przedstawiający ten z Suminoru. Można dosłownie potknąć się o wartościowe kruszce, a podczas wędrówki szkoda czasu by zatrzymać się i wydobyć z ziemi trochę więcej tego czy owego, bo za kolejnym kilometrem step sam obdarzy nas tym co by nas zainteresowało... I gdybyśmy byli ludem koczowniczym utrzymującym kontakty z innymi koczującymi plemionami, to czy zbieralibyśmy (zgoła) nieprzydatne kamienie szlachetne? Wszak ich wartość leży w ich unikalności... (uff ulżyło mi, znalazłem jedną, jedyną rzecz, do której mogłem się przyczepić)...

Odchodzimy w mojej opinii  od gatunku Epic fantasy coraz dalej i nie wiem czy to kierunek, który mi się podoba... Nawet trudno napisać, że wchodzimy w stereotyp powieści drogi... jednak oczekuję na finał  napięciem i niecierpliwością :)

W tym tomie Konrad T. Lewandowski łamie konwencję fantasy i przenosi swojego bohatera z Międzykontynentu w ponadczasową przestrzeń mitu. Po magicznym rozdwojeniu druga, wolna od klątwy osobowość Ksina kontynuuje wędrówkę w Świecie Błądzących Gwiazd. Starzy wrogowie nie pozwalają o sobie ani na chwilę zapomnieć, ale dla kotołaka jest to przede wszystkim czas wielkiego wtajemniczenia w role męża, ojca i władcy. Nie pokonanie przeciwników, lecz zrozumienie siebie i ukochanej Amarelis będzie prawdziwym celem tułaczki przez Bezkresny Step...

poniedziałek, 9 maja 2016

Konrad T. Lewandowski - Różanooka

Lubicie węże ? Jaki byłby wynik starcia wampira i węża demona, strzygi i strzygi, albo strzygi kontra wampir... I czy miłość jest naprawdę silniejsza od Onego?

Autor zapewnia na okładce, iż nowe wydanie jest wzbogacone o dodatkowe wątki i akcje. Nie wiem, nie jestem w stanie tego ocenić, ponieważ czytam sagę o Kotołaku po raz pierwszy.

Czego z pewnością żałuję. Sagę czyta się bardzo dobrze, jest przepełniona akcją, bohaterowie są heroiczni, a zło wszechobecne.

Różanooka wprowadza nas w ten świat po tym jak Ksin znika z horyzontu zdarzeń i mimo, że początkowo pełni rolę drugoplanową, jest niezwykle kolorowym atutem tej powieści.
Jej kolor oczu zdradza obecność Onego (Złego), którego moc przemienia wszystko co jej stanie na drodze w potwory.
Nielicznym udaje się nad tym zapanować... Do tego muszą odznaczać się niesamowitą siłą woli i dodatkowymi specjalnymi okolicznościami.
Czy siła miłości Mino i Ridy jest wystarczającą okolicznością? (Przynajmniej Mino tak uważa.)
Nie napiszę teraz, ale wyobraźcie sobie, że Rida-Strzyga to tylko czubek góry lodowej, zaledwie wstęp do tego co się tam dzieje, ponieważ Rida, skazana za czyn, którego nie popełniła, przepełniona żądzą zemsty, zamieniona zostaje w potwora niezbyt naturalnie, (jeśli uznamy, narodziny strzygi za naturalne), ktoś jej w tym pomógł. Zadaniem Irian o Różowych Oczach jest tropienie i eliminowanie spisków, ochrona króla Redrena wykorzystując przy tym swój intelekt i nadprzyrodzone moce, będzie miała więc co robić. 

Co z Ksinem ? W końcu to jego Saga... Nie będę zdradzał za dużo, ale Ksin, zniknął, i ma "rozterki", problemy "osobowościowe", musi się zastanowić nad "własnym" życiem...  Rodmin - największy, najzacniejszy, najznakomitszy, najsławniejszy czarodziej, też ma drobne kłopoty


Jedyne co mnie martwi, to moim zdaniem nieco słabiej skonstruowana postać bohatera tytułowego, jakby opisywanie innej płci musiało  być obciążone innymi zasadami... ale z tym, to nawet najwięksi mieli problemy (np. JRRT). Ksin nawet jak przegrywał walkę, to była Walką przez duże W, czuć było, że walczy (a może po prostu mi - czytelnikowi było łatwiej się wczuć w męskiego bohatera). Irian wychodzi na tym słabo.

Jej autorytet traci również w dialogach, gdy Mino wydaje jej polecenia (np. przypilnuj nieprzytomnego, związanego grabarza)... ech... a jej riposta parę akapitów dalej (oczywiście parafrazując) jest w stylu 'zrób mi kanapki'...

Ogólnie, jednakże, bardzo jestem zadowolony z lektury, dostarczyła mi spodziewanej dawki fantastyki i oczekiwanych emocji. I jak wspomniałem na początku, nie czytałem oryginalnej wersji, gdybym jednak już był po jej lekturze z niekłamaną przyjemnością przeczytałbym ponownie w nowym wydaniu.


Przybrana córka Ksina, strzyga Irian zwana Różanooką, po tajemniczym zniknięciu ojca obejmuje stanowisko dowódcy gwardii królewskiej. Pewnego dnia w pałacu pojawia się młody weteran Mino Dergo. Przybywa do stolicy, gdyż kilka dni wcześniej spotkała go ogromna krzywda. I wtedy na Irian spada miłość, od której zawali się cały świat Międzykontynentu… 

środa, 13 kwietnia 2016

Saby Tahir - Ember in the ashes. Imperium ognia

Nie dawało mi to spokoju, dlaczego angielski tytuł? Ember jest nieprzetłumaczalne ? Może to nazwa własna? Na przykład tego miecza z okładki ?

Ember in the ashes to opowieść o walce z sytuacją w jakiej postawiło nas życie, do jakiej, mimo naszych starań, doszło zrządzeniem losu. Walce, kiedy jesteśmy bezsilni wobec wydarzeń.

Również o tym, jak człowiek z określonym charakterem zachowuje się w podobnych sytuacjach np.
Czy byłbyś/byłabyś w stanie zabić swojego brata lub ukochaną osobę, by zdobyć tytuł imperatora ?

Wyjątkowo zdradzę fabułę. Główny bohater (wygląda na to, ze jest ich dwoje, ale moim zdaniem Eliasz jest tym bardziej głównym) który próbuje uciec ze szkoły kadetów, w której uczy się zostać tzw. Maską (superczymśtam i zabijaką). Za dezercję grozi mu śmierć (oczywiście śmierć grozi tutaj na każdym rogu i z różnych powodów). Zrządzeniem losu jednak staje się kandydatem (jednym z kilku) do objęcia stanowiska imperatora, żeby tego dokonać musi przejść Próby. Eliasz zawala ostatnią bo nie chce zabić swojej ukochanej (czyli drugiej głównej bohaterki), która sama do końca nie wie kogo kocha... Kolejna postać kocha z kolei Eliasza, ale nie przeszkadza to im walczyć na śmierć i życie...

Still better lovestory than....

Pomimo faktu, że czytało się łatwo szybko i przyjemnie, postacie są składne, motywy wiarygodne, świat wygląda na kompletny (skupiamy się co prawda tylko do kilku małych lokalizacji...) czuję się rozczarowany właśnie postaciami...


Rozumiem, że to są nastolatkowie, że są słabi, sytuacja ich przerasta,  czują się zagubieni w 'świecie dorosłych' , ale oczekiwałem epopei, heroicznych czynów, większego konfliktu, trudniejszych i bardziej zawikłanych wątków

Na stronie 458 jest użyty (w języku polskim) tytuł w dialogu.
Nie pamiętam dokładnie ale to było coś w stylu "jesteś żarem w popiołach, od Ciebie spłonie świat"
Tak po prostu, znienacka, nieoczekiwanie, trochę wymuszenie, trochę pod sprzedaż kolejnych tomów, trochę jakoś dezorientująco i nie wiedziałem o co chodzi w tej wypowiedzi

5/10 obciąłem punkty za literówki w treści (znalazłem dwie, więc pewnie było ich więcej) za angielski tytuł, za emocje postaci, które są moim zdaniem płytkie (lub płytko zarysowane, oczywistość za oczywistością) za Telumena, którego potencjał postaci nie został wykorzystany, za dotychczasowego imperatora, który jechał i nie dojechał, za Ruch oporu, który wydawał się tak liczny jak w Żywocie Briana, a później okazało się, że był w stanie przeprowadzić zamach na naprawdę dużą skalę....


Laia wraz z rodziną żyje w państwie podbitym przez bezwzględne Imperium. Wszyscy obywatele muszą podporządkować się władzy, w przeciwnym wypadku śmierć czeka zarówno ich, jak i ich najbliższych. Rodzina Lai stara się przetrwać najgorszy czas, starszy brat dziewczyny ma jednak inne plany – angażuje się w działalność ruchu oporu i zostaje aresztowany. Aby ocalić mu życie, Laia podejmuje współpracę z konspiratorami i zgadza się zostać ich szpiegiem. Wyrusza do najlepszej Akademii Wojskowej w całym Imperium, by śledzić jej wykładowców i uczniów oraz pomóc rebeliantom w przygotowywaniu planów zbrojnego powstania. Poznaje tam Eliasa – najzdolniejszego ze wszystkich uczniów, ale też najmniej chętnego do działania i najbardziej opornego wobec imperialnej indoktrynacji. Chłopak rozważa dezercję, jednak zanim nadarza się okazja do realizacji planu, zostaje zmuszony do wzięcia udziału w krwawym konkursie na nowego cesarza. Czy Laia i Elias wygrają walkę z brutalną władzą? Ile będą w stanie poświęcić, aby spełnić swoje marzenia? Jaką cenę mają miłość i szczęście rodziny, a jaką poczucie wolności?

poniedziałek, 9 listopada 2015

Konrad Lewandowski - Ksin Sobowtór

Trafiła do mnie po (jak zwykle w takich przypadkach) zbyt długim oczekiwaniu kolejna część przygód kotołaka. Mimo długiego czekania rozczarowałem się bardzo! Zbyt szybko się kończy!

Nie znalazłem wątku spinającego obie książki. Kapitan gwardii królewskiej czyni co tylko w jego mocy, aby królestwo trwało. Niezależnie, czy to wróg wewnętrzny, spisek, duży czy mały, czy też może zagrożenie 10-milionowej armii z innego świata.

Cała powieść zaczyna się od spisku na życie króla - jedna z jego faworyt, zgodnie z zamiarami nieznanych spiskowców ma urodzić zamiast dziecka, potwora, którego zła moc ma go skłonić do zabicia swojego ojca... Oczywiście plany spiskowców bazują na celowym zafałszowaniu w księgach opisu sprowadzania takiego stwora do świata żywych. W związku z tym wyrusza na wyprawę stabilizującą wszystkie światy tego uniwersum, które nagle połączyły się przez pewien mały wypadek zbyt wielkiego maga. Niekontrolowana eksplozja magii powoduje przerwanie osnowy świata, jej zapętlenie, wymieszanie wymiarów i otwarcie przejścia do światów równoległych.

Opowieść snuta ciekawie i całkiem wartko, kiedy już Ksin dowiaduje się co ma zrobić (czyli zabić najpotężniejszego maga świata równoległego, który przebywa w stu ciałach jednocześnie, jest otoczony wielomilionową armią i wieloma mocnymi czarodziejami). Nagle zostaje jakieś 10% książki. Ale co tam, wchodzimy, zabijamy, wracamy i jeszcze mamy dość czasu na lokalny spisek.


Niestety odejmuję 1 punkt z punktacji za ten zbyt nagły i zbyt naiwny koniec - trudniej było uratować kobietę lekkiego obyczaju z podrzędnej karczmy, niż zabić imperatora. Urywam też pół punktu za tytułowego sobowtóra. Mam wrażenie, że autorowi przy pisaniu nagle zaczęło się śpieszyć oraz zabrakło pomysłu przy wyborze tytułu. Ów sobowtór to wątek tak nieznaczny, tak minimalny, że nie uważam by było warto pisać o co chodzi.
Wyszło solidne 7/10 !

Gdyby jeszcze można było odebrać punkty za to, że za krótka, że chce się jeszcze, że będę czekał na kolejny tom cyklu... Niewątpliwie książka trafia po przeczytaniu na półkę, gdzie będzie cieszyć oko i radować wspomnieniami bardzo dobrej lektury.




W spisku kryje się spisek, a w nim jeszcze jeden spisek... Skutkiem splotu intryg Ksin rozpoczyna wędrówkę przez równoległe światy. W każdym z nich odkrywa kolejne znaczenia i cele swojej misji oraz prawdy o sobie samym. Wkrótce kotołak będzie musiał stawić czoło najpotężniejszemu z dotychczasowych wrogów i nowej miłości. Na którą drogę wstąpi, gdy przyjdzie moment nieodwracalnego wyboru pomiędzy sercem a rozumem...? Podstawą "Ksina sobowtóra", tomu trzeciego sagi w nowym wydaniu, jest dawna "Wyprawa kotołaka", która zyskała obecnie misterną szkatułkową konstrukcję.

wtorek, 21 lipca 2015

Jim Butcher - Ghost Story

Dziś dla odmiany tytuł po angielsku, ponieważ tekst był po angielsku.

Z Jimem Butcherem spotkałem się przy okazji którejś z pierwszych książek z serii Akta Dresdena.

Serię tę próbowało wprowadzić na rynek kilka wydawnictw (stąd bywają różnice w tytułach tych samych tomów), ale jakoś im nie wychodziło to... Jak podaje Ciocia Wikipedia, pierwsze pięć tomów wydane było w PL w latach  2004-2005, a następnie w ramach innego wydawnictwa reedycja, której jestem właścicielem pierwszych czterech tomów, a tymczasem tom numer 15 wyszedł w maju 2014.
Nie wiem z czego wynika niechęć wejścia z tą serią mocniej w rynek, książki się sprzedają na zachodzie na tyle dobrze, że nawet i serial powstał (jeśli przyjmiemy, że z kiepskich powieści nie robi się ekranizacji, ani gier -> patrz GoT)


Tak więc skoczyłem szybko do tomu 13ego, który zaczyna się śmiercią głównego bohatera.

Wiedziałem, że nr 13 nie jest ostatnim, więc popsułem sobie trochę lekturę (i znów, to wszystko wina wydawnictw...)

Sam początek powieści był jak miód...


Life is hard. Dying’s easy.

Jim Butcher - Ghost Stories okładka
http://www.jim-butcher.com/
So many things must align in order to create life. It has to happen in a place that supports life, something approximately as rare as hen’s teeth, from the perspective of the universe. Parents, in whatever form, have to come together for it to begin. From conception to birth, any number of hazards can end a life. And that’s to say nothing of all the attention and energy required to care for a new life until it is old enough to look after itself.
Life is full of toil, sacrifice, and pain, and from the time we stop growing, we know that we’ve begun dying. We watch helplessly as year by year, our bodies age and fail, while our survival instincts compel us to keep on going—which means living with the terrifying knowledge that ultimately death is inescapable. It takes enormous effort to create and maintain a life, and the process is full of pitfalls and unexpected complications.



Oczywiście warto też wspomnieć o walorach edukacyjnych, choć muszę przyznać częściowo rację opinii zasłyszanej w antykwariacie, że książki obcojęzyczne nie pomagają w nauce (ale ją gruntują), umysł nasz kompensuje braki - pomija słowa, które nie rozumiemy, zastępujące je kontekstem. Pomny na to zacząłem zapisywać sobie pewne zwroty i mimo, że uważam, że całkiem dobrze znam angielski, to przykładowego zwrotu 'as rare as hen's teeth' nigdy nie słyszałem (lub pominąłem) ale już nie zapomnę (później słyszałem ten zwrot w tzw. mediach)

Wracam jednak do treści. Harry Dresden, czarodziej, łamane przez, detektyw stał się na tyle niesamowicie potężnym czarodziejem, że był w stanie zachwiać równowagą sił na całym świecie (niestety czytając tom x-nasty spoilery same się pojawiają). Nic więc dziwnego, że ktoś chciał by Harry zginął... Cóż, śmierć to nie koniec naszej podróży. Harry po prostu rozpoczął nowy etap swojej 'egzystencji', a jego zadaniem było rozwikłanie zagadki swojego zgonu (i zatrzymanie nieuchronnej zguby świata - jak to zwykle bywa). Na początku trochę trudno było mu się odnaleźć, ani nie mógł nic zrobić - poruszanie przedmiotów nie wchodziło w grę, ani z nikim porozmawiać, no chyba, że z duchami, a tych po tej drugiej stronie nie mógł traktować jako swoich przyjaciół. Szybko też się przekonał, że światem duchów rządzą odmienne, lecz równie twarde prawa.

Powieść (jak i poprzednie) przesycone akcją i pełnym przekrojem przez usystematyzowaną wiedzę tajemną. Mamy sporo retrospekcji, nawet w czasy, gdy młody Harry uczył się pierwszego zaklęcia - rozpalania ognia. Zwroty akcji co chwila zaskakują, i nawet po sporej dawce tej lektury (czytanej z fascynacją) dalej mamy wrażenie, że wcale nie jesteśmy bliżej rozwikłania zagadki śmierci Harrego.


To tyle, podobało mi się. 9/10 Bardzo się podobało.




piątek, 24 kwietnia 2015

Ksin Drapieżca - Konrad Lewandowski

Wspaniale, uroczo- wreszcie powieść fantasy, która jest bardzo dobrym deserem po tych wszystkich mrocznych i ciężkich powieściach, z jakimi miałem ostatnio do czynienia.

To było moje pierwsze spotkanie z kotołakiem i  mimo, że zacząłem czytać pełen rezerwy, bo zwykle nie lubię zaczynać przygody z cyklem powieściowym od drugiego tomu, to w tym wypadku wspomniana rezerwa okazała się całkowicie niepotrzebna. Wreszcie po tylu książkach poczułem ponownie ten zachwyt związany z lekturą książek tego gatunku, a tej partykularnie. Za każdym razem kiedy przerywałem lekturę, słyszałem jak mnie wzywa i nie mogłem się doczekać, aż do niej powrócę...

Konstrukcja świata - wygląda na kompletną, mimo niewielu lokalizacji, w których akcja się odbywa, ale myślę, że to też zadziałało na plus. Tak samo z postaciami (śmiertelność bohaterów bardzo niska w przeciwieństwie do obecnych 'standardów'), o ile dobrze sobie przypominam, to giną antagoniści w sposób na jaki zasłużyli. Dialogi nie nużą, działania postaci są składne i logiczne, ich działania prowadzą do zamierzonych celów, czytając jest się świadomym, że zakończenie będzie pozytywne. Nawet rzekoma śmierć kotołaka jest niezbyt przekonywująca...

Główny bohater - Ksin - jest kotołakiem. Stworem, którego drugą naturą jest przeklęty dziki kot. Coś jak wilkołak, ale koto... Przy pełni księżyca przechodzi metamorfozę i staje się bestią. Jednym z większych problemów Ksina jest panowanie nad sobą po przemianie, tym bardziej, że w swoim życiu dopiero w drugim tomie poczuje smak krwi. Taka drobna wada - utrata kontroli, przy niesamowitych możliwościach regeneracji, zdolności wyczuwania potworów, niesamowita siła i zdolności bojowe, powoduje, że raczej zazdrościmy mu bycia kotołakiem. To wszystko zaprowadziło Ksina na dwór królewski, na stanowisko przełożonego królewskiej gwardii. Oczywiście gdyby to była tytularna ciepła posadka, byłoby nudno.

Czyta się powieś szybko, ze względu na wartką akcję i brak 'wypełniaczy' sztucznie rozwlekających i napompowujących kolejnymi stronami książkę, polecam wszystkim, a sam zaczynam szukać pozostałych tomów, oby jak najszybciej poznać wcześniejsze losy bohatera...


Moja ocena 8,5/10

Książkę przeczytałem dzięki Wydawnictwu Nasza Księgarnia, która postanowiło wznowić tę serię.


Wielki powrót kultowej „Sagi o kotołaku”!

Tym razem w wersji poszerzonej przez autora o ekscytujące wątki, nowych bohaterów, zaskakujące zakończenie, a także zawierającej niepublikowany dotąd bestiariusz.

Ksin. Dziecko klątwy, zdrady i obsesji. Zdawałoby się, że jego los jest przesądzony, ale miłość potrafi się wznieść ponad wszystko. Najpierw poświęcenie starej piastunki, a potem oddanie dziewczyny zbiegłej z domu publicznego sprawiają, że z potwora i demona wyrasta wojownik i obrońca ludzi zagrożonych przez upiory. Drapieżna, pełna namiętności historia bestii pragnącej osiągnąć człowieczeństwo.


„Ksin. Początek” to prequel jednej z najbardziej znanych serii fantasy w polskiej literaturze.

poniedziałek, 9 marca 2015

Maja L. Kossakowska - Zakon Końca Świata T.1

Wśród wielu postapokaliptycznych światów znalazłem ten stworzony przez Maję  Kossakowską. Pomysł życia po Końcu Świata jest ostatnio bardzo modny, skaczemy od jednego uniwersum do drugiego, od zagłady przez nieumarłyh do zagłady przez jedną czy drugą wojnę nuklearną. MLK musiała trochę popracować nad czymś odróżniającym jej świat od innych. Jej pomysłem było Oświecenie, jakiego dostąpili nieliczni i w porozumieniu ze sobą sprowadzili kilka różnych plag na istniejący świat, po to, by 'uratować' część ludności oraz  zabrać ją ze sobą do oświeconego raju.

I tutaj jakby nagle brakło inwencji, przez ponad 300 stron nie dzieje się praktycznie nic. Właściwie poznajemy ten świat i poznajemy postacie (których jest wszak niewiele, dwie - trzy charakterystyczne) oraz poznajemy jakie relacje są między nimi. Grabieżca poznaje dziewczynę z Czajnika i czuje się za nią odpowiedzialny. Koniec tomu pierwszego.

Każda powieść, która niesie ze sobą kompleksowy nowy świat, pozwoli temu światu żyć, jeśli tylko coś się w nim dzieje. Moim zdaniem świat autorki ma ogromny potencjał, żałuję tylko, że nie była w stanie tego potencjału wykorzystać. Może tom drugi coś zmieni, szkoda tylko, że Rynek wraz z Ekonomią są bezlitosne, po tak słabym wstępie (bo moim zdaniem cały tom I to przydługi wstęp) ciężko będzie sprzedać tom drugi...



Lars Bergeson jest Grabieżcą u szczytu sławy i możliwości, swobodnie poruszającym się między wymiarami i jednym z ostatnich wychowanków gildii. Nieustannie sprzyja mu szczęście – aż do spotkania z tajemniczą Miriam, dziewczyną o wielkim talencie do podróży i pakowania się w kłopoty. Ratując ją, staje się wrogiem wielu potężnych i mściwych osób. Lars może mieć tylko nadzieję, że więcej jej nie zobaczy. Złośliwy los ciągle jednak krzyżuje ich ścieżki. Ale od tego nie może zależeć przyszłość świata… Może. I zależy. A świat może zobaczyć swój drugi koniec. Kossakowska wykreowała świat, który zarówno odrzuca swą bezwzględnością i brzydotą, jak i przyciąga z ogromną siłą. Po przeczytaniu powieści na długo nie będziecie ani chcieli ani mogli go opuścić.

środa, 9 kwietnia 2014

Neil Gaiman - Amerykańscy bogowie

W moje łapki - jako przerywnik od Grzędowicza - wpadł Gaiman z jego wersją autorską Amerykańskich bogów. Powieść ta uświadamia nam jedno - bóg to już nie tylko starzec z brodą (ewentualnie młotem, sześcioma rękami itp), ale też zjawiska, które zaczęliśmy czcić mimowolnie i nieświadomie, oddając hołd i składając ofiarę np z naszego czasu...


Czy lepiej czcić telewizor, czy nordyckie bóstwo, jechać na macdonalda, czy zaśpiewać pieśń w świętym gaju... a nasze rytuały związane z niedzielnymi wyjazdami do galerii handlowych są lepsze od refleksji w domu bożym ?
Neil miał pomysł, by zestawić drużyny starych bóstw i nowych bogów i kazać im się zmierzyć w kraju zwanym Amurica, którego środek wypada mniej więcej na farmie pomiędzy szczęśliwie ubłoconymi świniakami...

Co zrobić gdy nagle kończy Ci się świat, wychodząc z więzienia traci się żonę (powiedzmy) perspektywy na pracę i przyjaciela? Odpowiedź jest prosta - czuwanie przy szczątkach Odyna, wisząc na drzewie.

mocne 5,5/10 

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Jarosław Grzędowicz - Pan Lodowego Ogrodu I II III ...

Co byście ze sobą zabrali, gdybyście mieli jechać ze świata nauki do świata magii?
Cokolwiek nie weźmiecie, przekonania, że materia zbudowana jest z atomów, że grawitacja to siła, że pi jest liczbą niewymierną wybiorą się tam razem z tobą...
Nie będzie miejsca w mózgu wśród wzorów wykutych na blachę na wiarę w bogów przechadzających się wśród nas... Nikt nie uwierzy, że można zostać zamienionym w drzewo i utrzymać świadomość swojego istnienia...

Grzędowicz napisał dzieło, prawie na miarę największego i najbardziej znanego fantasty - prawie albowiem nie jestem w stanie przypomnieć sobie przygód głównego bohatera na przełomie grubaśnych pierwszych trzech tomów. Wygląda to tak - przez pierwszy tom idzie w jednym kierunku i kończy jako drzewo, koniec tomu pierwszego, potem kawałek wraca i znów idzie tam gdzie stał jako drzewo, koniec tomu drugiego. Następnie wsiada na łódź zrobioną z lodu i płynie w inną stronę, koniec tomu numer trzy.

Wiem, że to zabrzmiało nieco drastycznie (jak na książki, które pochłania się niesamowicie), wszystko jest składne, napisane super i czujemy się jakbyśmy to my byli wśród magicznej mgły niosącej potwory.
Może nie wszystkie pomysły są trafione (mnie nie podoba się idea Cyfrala - biokomputera, grzybowego symbianta mózgu, który sobie lata w postaci disnejowskiej wróżki) ale świetnie wpasowują się w konwencję.

Przypomina mi się inna powieść, również polskiego autora, z gadającą łasicą, w której przez kilka tomów można zauważyć, że brakuje jakiejś globalnej koncepcji i celu. Ale chyba nie chodzi, byśmy cel osiągnęli w ciągu 45 minut (albo może 4-5 minut) ale o to, by się świetnie bawić po drodze. 

Ja się dobrze bawiłem: 7,5/10 za całokształt pierwszych trzech tomów (odjęte punkty za niedosyt co do poszczególnych grubych tomisk)

"Pan z Wami! Jako i ogród jego! Wstąpiwszy, porzućcie nadzieję. Oślepną monitory, ogłuchną komunikatory, zamilknie broń. Tu włada magia.

Vuko Drakkainen samotnie rusza na ratunek ekspedycji naukowej badającej człekopodobną cywilizację planety Midgaard. Pod żadnym pozorem nie może ingerować w rozwój nieznanej kultury. Trafia na zły czas. Planeta powitała go mgłą i śmiercią. Dalej jest tylko gorzej. Trwa wojna bogów. Giną śmiertelnicy. Odwieczne reguły zostały złamane."

poniedziałek, 3 lutego 2014

Sergiej Łukjanienko - Nocny Patrol + Straż nocna

Do czasów kiedy kraje Układu Warszawskiego przodowały w literaturze sci-fi już nie powrócimy, światowego kina rodem z Hollywood nie obalimy. Ale nie znaczy to, że od czasu do czasu pojawią nam się perełki.

Statystyki nawet na nas wymuszają powstawanie nowych arcydzieł, choćby jednego na 50 mln mieszkańców... a te 50 mln to tylko w Plu*ie... Jeśli sięgniemy dalej na wschód znajdziemy wprost oceany ukrytej pod lodem kreatywności... Zachód fascynuje wschodnia kultura, jej odmienność, tradycje a przede wszystkim ludzie mieszkający w często trudnych warunkach. Fascynacja przejawia się często w produkcjach Hollywoodu, w mniej lub bardziej wyszukanych sensacjach rodem From Russia with Love.

w 1968 roku urodził się człowiek, którego próbowałem określić mianem Rosjanin, ale do jego pochodzenia pasuje bardziej ZSRR niż Rosja: Urodzony w Kazachstanie, ojciec pół Rosjanin, pół Ukrainiec, matka Tatarka... (a to podobno USA nazywane jest tyglem kultur)

Сергей Васильевич Лукьяненко trafił z hitem, który doczekał się ekranizacji - Nocny patrol (film: Straż nocna) może z niezbyt pochwalnymi opiniami, ale boxoffice (za wikipedią) w Rosji przebił oglądalnością Matriksa! Władcę Pierścieni! i Harrego Pottera! 

Film obejrzałem, książkę przeczytałem i... moim zdaniem doskonale się uzupełniają. Oczywiście rozbieżności jest wiele, ale znacznie więcej uzupełnień, w filmie trudno pokazać, że ktoś umysłem wpływa na inne osoby, bez tandetnych efektów specjalnych (i aktor po prostu gapi się na kogoś), a z drugiej strony szalona jazda samochodem raczej ciężko wyjdzie jedynie w formie liter.

Świat w którym żyjemy powstał na bazie kruchego kompromisu pomiędzy siłami zła i siłami dobra. Takie założenie manicheistyczne pozwala kreską rozdzielić przyporządkowanie do jednego lub drugiego obozu... ale każdy z nas zna wampiry, którzy są porządnymi ludźmi, a ich żądza ludzkiej krwi, polowania na żywą ofiarę zaspakajana jest zgodnie z prawem i zezwoleniami wydawanymi przez "Siły światła".
Sergiej pokazuje, że nic nie jest tylko czarne lub białe, a Timur Bekmambetow (reżyser Straży Nocnej) doda jeszcze, że mimo ogromnych starań, nasze czyny będą miały wpływ na naszą przyszłość i kilkunastoletni Jegor wybierze siły Ciemności jako te pozbawione fałszu i hipokryzji...

sama książka - 7, sam film -7. Polecam razem i dam łącznie 8,5 .

a i muszę dodać: do nocnej straży należą siły światła pilnujące sił ciemności w nocy... a z dzienną odwrotnie (nie wiem czemu, ale od lektury+filmu już zawsze panowie w dresach i z bmw będą mi się kojarzyli z Dzienną strażą...
http://lukianenko.ru/

środa, 30 stycznia 2013

Gregory Keyes - Miasto w przestworzach

Wszystkim, którzy nie wiedzą czym jest Elder Scrolls wyjaśniam - jest to seria doskonałych gier, w których wcielamy się w bohatera mającego niesamowite przygody w świecie fantasy. Ich największą zaletą jest właśnie ten świat - ogromny, skomplikowany i bardzo dobrze przemyślany.

I właśnie dlatego książeczka wypada słabo w zestawieniu z tym światem - Gregory przyszedł na gotowe. Nie musiał nic tworzyć, musiał mieć tylko pomysł na jedną historyjkę. Nawet nie wymyślił imienia głównej bohaterki. Różnorodność ras zamieszkujący ten świat, ich umiejętności, magia, alchemia, cały panteon bogów - dosłownie wszystko było już gotowe.

Wspomniana przeze mnie historyjka skupia się na jednym latającym mieście (też już było w Elder Scrolls), które wysysa dusze z rozumnych istot, by móc latać. Jedyna innowacja to sposób w jaki się rodzą mieszkańcy... Autorowi udało się stworzyć wiele ciekawych zagadnień i wątków, na opisanie których niestety chyba brakło mu chyba czasu...

4/10

Jedna fajna rzecz, która mi się naprawdę - naprawdę podobała, to powrót do miejsc, które się już zna i w których się już kiedyś "było"

wtorek, 27 listopada 2012

Mike Resnick - Prorokini

Prorokini - jak się okazuje to kończący trylogię tom. Zaraz po Wróżbiarce i Wyroku na wyrocznię. I dopiero dzisiaj dotarło do mnie, że wszystkie wzmianki dotyczące zdarzeń historycznych bohaterów miały miejsce w poprzednich tomach - a mimo to nie czyta się tej powieści jako kontynuacji większej całości - całkiem dobrze sobie książka radzi w wersji "stand-alone". A to jest wielki plus, nie lubię czytać czegokolwiek z perspektywą kolejnych grubych tomisk ciągnącej się przez annały historii opowieści. Prorokini jest wartką i szybką historyjką - gdyby porównywać do filmów, to byłaby to 87 minutowa sensacja, która nie wiadomo kiedy się skończyła...


Kilka naprawdę ładnie zarysowanych postaci stworzyło nam spektakl, nieco banalny pod koniec (ale znów: jak dobrze zakończyć wszechgalaktyczną wojnę między dwiema najpotężniejszymi postaciami?). Podróże po kilku światach (czytelnik ma świadomość, że kosmos jest rozległy, ale akurat jedynie te planety są warte wspomnienia) dostarczą nam trochę Dzikiego Zachodu. A wszystko wydaje się doskonale przyprawione i nie przesolone ani przesłodzone - kompozycja świetna - tylko zbyt krótka.

Otóż wspomniałem że są w tym świecie dwie zdaje się wszechwładne postacie, zdradzę sekret - jedną z nich jest Prorokini (a drugą Chrystus Mojżesz Mahomet...), ale to nie one są głównym źródłem przygód, ale raczej trójka przeciętnych ludzi z nieprzeciętnymi umiejętnościami. Geniusz komputerowy będący w stanie wykonać prawie każdy mikrochip i wszczepić w żywą tkankę, Stary weteran, który przeżył swoje życie odciskając piętno na znanym wszechświecie i Płatny zabójca - broń do wynajęcia, z solidnym kodeksem moralnym. Oczywiście nie wszyscy przeżyją - ale przecież chodzi o większe dobro?

Trochę nasuwa się refleksja widzących w przyszłości z Diuny, ale nie zmieścilibyśmy takiej opowieści w 87 minutach wobec czego Mike stwierdza - że nie wiadomo skąd Prorokini ma dar prekognicji. Finito. 8,1/10

niedziela, 25 listopada 2012

Juraj Červenák - Władca wilków

Swego czasu bardzo interesowałem się średniowiecznymi dziejami Europy oraz Polski i o ile tematyka ta jest mi bliska, o tyle dzięki opracowanemu programowi nauczania wiem, że polska powstała około roku 900 a wcześniej to tu "nie było nic"...

Nie byłem w stanie gładko przejść z tematyki Bizancjum, Karola Wielkiego do tematu ziem słowian, dlatego czytając "czeskiego wiedźmina" opartego na historycznym świecie odkryłem luki w swojej edukacji. Dopiero poprzez poznanie twórczości Cervenaka poznaję trochę ten okres - i bez znaczenia już jest gdzie dokładnie akcja się toczy bowiem czuje się słowiańską więź wspólnych korzeni.

Powieść czyta się gładko, łatwo i przyjemnie, może z tym przyjemnie trochę przesadziłem, bo niektóre opisy potrafią być nieco "krwawe", ale moim zdaniem to jeszcze bardziej urealnia spisaną historię.

Władca wilków nie tylko wprowadza nas w wymieniony świat, wprowadza również bohaterów, których mam nadzieję polubię bardziej sięgając po kolejną pozycję - Miecz Radogosta. Bohaterowie są jak w każdej prawie fantasy kolorowi i dobranie na zasadzie kontrastów (piękna czarodziejka, wielki mocarz, doskonały łucznik itd) a główny bohater, który sam w sobie jest niezłym zabijaką, to jeszcze otrzymuje boską moc, dowiaduje się, że jego rodzice nie są jego rodzicami, a sam jest ostatnim z rodu... Trochę może banalne początki, ale podobno najważniejsze są końce.
6/10

Książkę przeczytałem dzięki uprzejmości Instytutu Wydawniczego Erica


PS. Nie wiem czy prawidłową nazwą jest Czarnoksiężnik czy Czarownik, okładka i zawartość nie są w tym temacie zgodni ;)


"Władca wilków to pierwszy tom opowieści o zemście potomka bogów, wojownika Rogana, wspieranego przez wilka z zaświatów, Gorywałda.


Prawie dziesięć lat walczył w wojnach, które doprowadziły do rozbicia imperium Awarów, rozciągającego się na równinach pomiędzy Dunajem a Cisą. Należał do drużyn słowiańskich książąt, był najemnikiem, walczącym po stronie Karola Wielkiego, służył w szeregach armii bułgarskiego chana Kruma. "

poniedziałek, 20 lutego 2012

Andrzej Sapkowski - Żmija


Po Sapkowskim można oczekiwać wiele i wydaje mi się, że on sam też próbuje pewnych nowych dla niego rozwiązań. Wielki W. zaczęty tak naprawdę w 86 roku pokazał, że potrafi pisać, trylogia husycka moim zdaniem była dużo słabsza od W., a Żmija ? Żmija jest opowieścią, która zaczyna się niewinnie jako historia pewnego żołnierza i mam odczucia, że finał z gatunku fantasy niestety nie pasuje do całości. Gdyby została zachowana forma opowiadania i jako opowiadanie opublikowana, potraktowałbym tę pozycję przychylniejszym okiem. Sam W. zaczął się od opowiadań i dopiero gdy okazało się, że świat zbudowany w opowiadaniach był na tyle kompleksowy(i ciekawy) mógł zostać przeniesiony na Long-play'a czyli w tym wydaniu powieści odniósł sukces. Tu poleciłbym proces odwrotny.

Niewątpliwym plusem jest jakość pióra autora +1

Przerost formy -1

wychodzi coś koło 6 - średnio i bez zachwytu

środa, 25 stycznia 2012

William Horwood - Skrytoświat, wiosna

Niestety ostatni wpis nastawił mnie nieco negatywnie do opisywania kolejnej pozycji. Ocenię ją już teraz, mimo, że nadal ją czytam.

Zaczynamy od oceny 6/10 (zakładam, że dotrwam do końca)

i na dzień dobry minus jeden za nieuzasadnione odcinanie kuponów: "(...) mistrza fantasy, którego książki wydane w ponad 1,5 milionie egzemplarzy weszły do kanonu gatunku"

drugi minus za zachwalanie (żeby była duża sprzedaż) cyklu przed jego ukończeniem - cztery tomy, z czego dwa ostatnie mają dopiero powstać, a nie wiem czy tom drugi został wydany na tzw. Zachodzie) - nielicznym udaje się sprzedawać od tak całą serię przed jej napisaniem (jak chociażby Rowling)

trzeci minus za zachowanie standardowego tricku tzw. bestsellerów - pierwsze 2/3 książki nic się nie dzieje, a zaczyna się dziać pod koniec tylko dlatego, żeby kupić kolejny tom.

Nie wiem czy mnie pamięć nie zwodzi, ale czy Horwood nie jest autorem cyklu o czym szumią wierzby ? Jeśli tak, to na Boga niech mu ktoś powie, żeby ją kontynuował zamiast brać się za fantasy.

Jedyny plus jest taki, że czyta się szybko i gładko. Lekkie pióro.

4/10

[caption id="" align="alignright" width="96" caption="William Horwood - Skrytoświat, Wiosna"]William Horwood - Skrytoświat, Wiosna[/caption]

Piotr Zwierzchowski - Sendilkelm

Czasami zastanawiam się, co skłania autorów różnej maści do pisania 400 stron wokół jednego dobrego pomysłu (którego opisanie zajmie max 50).

Główny bohater wyrusza w świat (nikt nie wie po co, ale musi dojść do tych 50-u stron) w towarzystwie drużyny (mag, olbrzym, kobieta, potem jakiś "orientalny" książę i odrodzony bóg), ma przyjaciela (większego maga), który poznaje Panią Śmierć,  kilku bogów i bogów bogów oraz bogów spoza lokalnego panteonu, których musi zabić główny bohater.

Na koniec szlachtuje przybyłych obcych bogów, pojawia się ojciec, który ma swój własny inny świat.

Zapomniałem dodać, że główny bohater jest głównym generałem sił pewnego królestwa.

I już. Więcej  nie ma co dodawać. Może tylko warto wspomnieć, że autor zastrzegł sobie, że może mieć kolejny pomysł na 50 stron z opisem dodatkowych czterystu w kolejnym tomie.

Cóż - przeczytałem, więc za samo to już powinienem dać 6 punktów. Minus jeden za brak pomysłu na początek. Minus także za brak pomysłu na koniec. Minus jeden za wyświechtaną formułę. Zastanawiałem się nad bohaterami, nie są zbyt wielowymiarowi, tak naprawdę wymiar mają jeden, są prości jak oś x, ale z drugiej strony autor mocno próbował ich jakoś zaakcentować (przez np. sposób mowy olbrzyma) więc łaskawie za bohaterów dam Zero, a i Plus jeden za boga bogów i jego czerwony samochód (nieliczne oryginalne koncepty).

4/10

[caption id="" align="alignright" width="100" caption="Sendilkelm Piotr Zwierzchowski"]Sendilkelm Piotr Zwierzchowski[/caption]

Gail Carriger - Bezduszna

Dziś chciałbym napisać kilka słów o pozycji która mnie pozytywnie zaskoczyła...

Zwykle oglądam (albo obwąchiwuję) książkę, zanim się za nią wezmę. Spojrzałem na podtytuł i powoli moja niechęć zaczęła narastać. Dodatkowo, ktoś mi zasugerował, że to jest typowo babska pozycja (nie obrażając nikogo). Po czym przeczytałem krótką notkę o autorze i to mnie przestawiło na nieco inny sposób postrzegania tej pozycji (co później się okazało - również zawartego w niej subtelnego humoru).

Nie ukrywam, że jeszcze kilka razy miałem ochotę odłożyć książkę i jak najszybciej zapomnieć (ale tylko na początku).

Najpierw zacząłem czytać nasze polskie sformułowania, które wydały się nietrafionym tłumaczeniem angielskich terminów, których jednak tak naprawdę nijak się dobrze nie da sie dobrze przetłumaczyć.

Potem okazało się, że to książka o wampirach i wilkołakach (a biorąc pod uwagę internetowy trend do bojkotowania lektur zawierających te dwa stworzenia w jednej książce...)

Wreszcie dotarłem do archaizmów językowych (całe szczęście, że urodziłem się w roku 197X i znam jeszcze nieco język naszych dziadków), które z początku raziły, ale w efekcie budowały nastrój ówczesnej Europy/Anglii.

Następnie było już tylko (i coraz) lepiej. Okazało się, że można napisać ciekawie o wampirach i wilkołakach i jeszcze zaskoczyć czytelnika czymś innym (choć nie nowym, to i tak zaskakuje fakt zaskoczenia). Oprócz tego czegoś innego, pojawiła się też w całej historii (w najlepszym momencie) królowa Anglii (w najlepszym bo na koniec - wszak królowa wie kiedy się zjawiać) Co przy zagmatwanym zakończeniu (aczkolwiek bardzo miłym  zagmatwaniu) sprawiło, że uśmiech pozostawał aż do ostatniej strony.

Nie napiszę, że były w tej książce elementy mrożące krew w żyłach, zapierające dech w piersi, wzruszały do łez, czy tez erotyczne. Najwłaściwszym sformułowaniem, które cisnęło mi się na usta od połowy książki było "pocieszna". Dobra relaksująca treść nie wywołująca spazmów śmiechu, ale trwały uśmiech i miłe wspomnienia.

8/10

[caption id="" align="alignright" width="97" caption="Gail Carriger - Bezduszna"]Gail Carriger - Bezduszna [/caption]

środa, 26 października 2011

Elizabeth Moon - Czyny Paksenarrion t.3

Wracam na chwilę do heroic fantasy by zakończyć trylogię.

W pewnej chwili zwątpiłem w zdrowy rozsądek autorki. Dotarłem do połowy tomu i w momencie kiedy bohaterka tytułowa otrzymuje propozycję objęcia królestwa i korony chciałem rzucić książkę w kąt. Szczęśliwie wytrwałem. Po tym krępującym wydarzeniu, które poddawało w wątpliwość inteligencję czytelnika i badało jego naiwność, fabuła wróciła na miłe i szczęśliwe koleiny z dwóch pierwszych tomów, na których toczyliśmy się z błogim uśmiechem do tylnej okładki.

Ponoć książka jest jak przyjaciel, i tracimy przyjaciela z chwilą kiedy żegnamy się z książką... tak się czuję - niedosyt, chęć zanurzenia się ponownie w świat, w którym tak łatwo zdobywa się chwałę :)

t3 przysiega zlota

niedziela, 9 października 2011

Elizabeth Moon - Czyny Paksenarrion t. 1 i t. 2

Kiedy przeczytałem słowa Judith Tarr na temat tej pozycji pomyślałem sobie "kupon tolkienowski ". Po przeczytaniu pierwszego tomu już nie uważałem ksiażki Elizabeth za klon Tolkiena. Rzekłbym nawet, że jest tak blisko Władcy Pierścienia jak "Czterej Pancerni i Pies" jest blisko "Stawce Większej Niż Życie". I to o wojnie i to o wojnie. I tam mamy krasnoludy i tu mamy (od 2ego tomu)...

Judith miała rację co do tego, iż jest to Heroic Fantasy. Od początku do końca wiemy, że główna bohaterka będzie miała masę przygód, z których wyjdzie zwycięska, a jej życie będzie się układało bardzo miło i pogodnie. I tak jest, nie ma miejsca na dylematy moralne (cóż są... ale bez wydatnej głębi). Nie ma miejsca na nieudane próby, nie ma miejsca na działania, które mogłyby zaszkodzić naszej bohaterce, czy nawet oczernić jej dobre imię.

Brakuje tutaj polotu Sapkowskiego, jego humoru i skomplikowanego świata intryg.

Brakuje tutaj inwencji Tolkiena, zagadek do rozwikłania i tajemnic skrytych do dziś.

Jednak Elizabeth napisała książkę od której trudno się oderwać, pełną akcji, bez zbędnych wstawek, które można bezkarnie pominąć przy czytaniu. Wciąga do tego stopnia, że jadąc pociągiem można niezauważyć stacji na której się chce wysiąść.

Podczas czytania nieodwołalnie miałem skojarzenia z TES IV:Oblivion, lub z wcześniejszymi TESami. Książka jest jak gra komputerowa - zdobywamy doświadczenie i skarby i jest nam miło, cieszymy się z podróży, z postaci, które los/autor stawia nam na drodze, z liniowej fabuły wiodącej nas ku następnej przygodzie.

Polecam

8/10