Swego czasu bardzo interesowałem się średniowiecznymi dziejami Europy oraz Polski i o ile tematyka ta jest mi bliska, o tyle dzięki opracowanemu programowi nauczania wiem, że polska powstała około roku 900 a wcześniej to tu "nie było nic"...
Nie byłem w stanie gładko przejść z tematyki Bizancjum, Karola Wielkiego do tematu ziem słowian, dlatego czytając "czeskiego wiedźmina" opartego na historycznym świecie odkryłem luki w swojej edukacji. Dopiero poprzez poznanie twórczości Cervenaka poznaję trochę ten okres - i bez znaczenia już jest gdzie dokładnie akcja się toczy bowiem czuje się słowiańską więź wspólnych korzeni.
Powieść czyta się gładko, łatwo i przyjemnie, może z tym przyjemnie trochę przesadziłem, bo niektóre opisy potrafią być nieco "krwawe", ale moim zdaniem to jeszcze bardziej urealnia spisaną historię.
Władca wilków nie tylko wprowadza nas w wymieniony świat, wprowadza również bohaterów, których mam nadzieję polubię bardziej sięgając po kolejną pozycję - Miecz Radogosta.
Bohaterowie są jak w każdej prawie fantasy kolorowi i dobranie na zasadzie kontrastów (piękna czarodziejka, wielki mocarz, doskonały łucznik itd) a główny bohater, który sam w sobie jest niezłym zabijaką, to jeszcze otrzymuje boską moc, dowiaduje się, że jego rodzice nie są jego rodzicami, a sam jest ostatnim z rodu... Trochę może banalne początki, ale podobno najważniejsze są końce.
6/10
Książkę przeczytałem dzięki uprzejmości Instytutu Wydawniczego Erica
PS. Nie wiem czy prawidłową nazwą jest Czarnoksiężnik czy Czarownik, okładka i zawartość nie są w tym temacie zgodni ;)
"Władca wilków to pierwszy tom opowieści o zemście
potomka bogów, wojownika Rogana, wspieranego przez wilka z zaświatów,
Gorywałda.
Prawie dziesięć lat walczył w wojnach, które doprowadziły do rozbicia
imperium Awarów, rozciągającego się na równinach pomiędzy Dunajem a Cisą.
Należał do drużyn słowiańskich książąt, był najemnikiem, walczącym po stronie
Karola Wielkiego, służył w szeregach armii bułgarskiego chana Kruma. "
niedziela, 25 listopada 2012
czwartek, 15 listopada 2012
Sofie Sarenbrant - 36 tydzień
Przeczytałam już całkiem sporo skandynawskich kryminałów, że moje oczekiwania są całkiem spore. Zwłaszcza od książki polecanej wielbicielom Camili Lakerberg.
"Koniec lata w
Brantevik, małej wiosce rybackiej. Dwa małżeństwa spędzają razem ostatni
tydzień wakacji. Johanna i Agnes, najlepsze przyjaciółki, wkrótce
urodzą dzieci. Agnes żyje w ciągłym stresie. Jej mąż każdego dnia
prowokuje kłótnie. Przyjaciele chcąc załagodzić konflikt i rozładować
napiętą atmosferę, wybierają się do miejscowego pubu na wieczór karaoke.
Agnes, zdenerwowana zachowaniem pijanego męża, wychodzi. Rano okazuje
się, że zniknęła. Zaginięciem kobiety zaczynają interesować się media, a
policja robi wszystko, by wyjaśnić sprawę. Wkrótce wydarzenia
przybierają niespodziewany obrót. Rozpoczyna się wyścig z czasem…"
Czytając recenzje innych czytelników mam wrażenie, że miałam w rękach inną książke niż oni...
Trzymająca w napięciu akcja, momentami brutalna, tylko dla ludzi o mocnych nerwach, olsniewający debiut... Ja tego nie zauważyłam... Przeczytałam książkę bez większego, zapowiadanego napięcia, czytałam dużo więcej lepszych kryminałów, takich, o których naprawdę trudno się oderwać. Tutaj mimo, że temat i zamysł nowatorski - porwanie ciężarnej kobiety, to samo "wykonanie"pozostawia wiele do życzenia. Postacie są jakieś takie blade, pozbawione wyrazistych cech, wątki poboczne słabo rozwinięte. Jedyny plus-rzeczywiście dopiero pod koniec książki dowiadujemy się co się działo z porwaną, tak, że rzeczywiście musimy doczytac prawie do końca, żeby dowiedzieć się szczegółów. Natomiast samo rozwiązanie-dla mnie wydaje się całkowicie abstrakcyjne, tak jaby wszyscy wokoł sprawców byli ślepi i nie widzieli co się dzieje. Więcej szczegołów nie będę zdradzac na wypadek, gdyby jednak ktoś pokusił sie o przeczytanie tej pozycji.
Moja ocena 4/10
środa, 14 listopada 2012
Dorota Combrzyńska-Nogala - Drewniak
Kolorowa okładka, można powiedizeć nawet nieprzewidywalna i szalona...Intrygująca, mało mówiąca o tym, co jest w środku...
"Pewnego dnia Łucja Nowakówna kupuje kolejne, ale za to wyjątkowo dizajnerskie śliwkowe buciory, rzuca chłopaka, wygodne mieszkanie
i przeprowadza się do odziedziczonego po wuju drewniaka bez porządnej łazienki, ale za to z piecem i dzikim lokatorem. Do tego momentu, oprócz nudnego narzeczonego, miała tylko przyjaciela z dzieciństwa, napakowanego łysola Bronka Skrzętnego. Teraz zaprzyjaźnia się z nowymi sąsiadami: karlicą panią Marlenką, handlarzem antyków Władkiem Szuszfelakiem, synem zmarłej lokatorki wuja, filmowcem przyrody – Januszem Poniewieskim, a także patykowatą Basią z trójką podobnych do niej dzieci.
Łucja rysuje komiks, do którego potrzebuje marionetki. W tym celu udaje się do teatru lalkowego, gdzie poznaje bardzo przystojnego i uwodzicielskiego aktora Walerego Dębowskiego. Od pierwszych taktów wspólnie przetańczonego tanga jasne jest, że niesamowicie pociągają się wzajemnie, ale dziewczyna klasyfikuje go jako maczo i nie chce o nim myśleć.
W dodatku, w okolicy drewniaka zaczyna pojawiać się niezwykły klaun…"
Pierwsze wrażenie po przeczytaniu książki-zakręcona historia, która dzieje się w Łodzi. Mogłabym nawet powiedzieć, że to z tego, co pamiętam pierwsza przeczytana przeze mnie książka, której akcja dzieje się współcześnie w mieście, które znam tak dobrze. Niewątpliwie dla mnie to duży plus lektury tej książki, bo znam miejsca, gdzie dzieje się akcja.
Mimo, że samego DREWNIAKA nigdy nie widziąłm, jednak jestem w stanie sobie wyobrazić, gdzie umiejscowiła go autorka i jak on wygląda. Tytułowe miejsce, to dom odziedziczony całkowicie niespodziewanie przez szaloną artystkę - Łucję po wujku, którego nie znała. Zaskakujący, jak się później okazuje problematyczny spadek ułatwia bohaterce podjęcie przełomowej decyzji w życiu i przeprowadzkę do całkiem innego miejsca czy nawet można by powiedziec świata. Świata, które skrywa tyle tajemnic, że starczyłoby na kilka innych powieści. Do tego szalone przygody, zwroty akcji, romasne, historie miłosne, komedie pomyłek, odrobina szaleństwa, pikanteria seksu-wszystko to znajdziemy w książce Doroty Combrzyńskiej-Nogali. Wcześniej nie znałam twórczości tej autorki, ale po lekturze tej pozycji z pewnością bedę szukać kolejnych pozycji.
Ogromne zmiany w życiu Łucji - szalonej, całkowicie nieprzewidywalnej, oddziaływują na zycie jej nowych przyjacół, którzy tak różni od niej próbują sobie poukładac swoje problemy. Autorka serwuje nam tak barwny korowód postaci drugoplanowych, ze momentami ciężko stwierdzić, kto tutaj tak naprawdę jest pierwszoplanowym bohaterem.
Do tego elementy wróżbiarstwa, magii, duch krażący nad Drewniakiem i powiedzmy, że przedstawiłam wam okrojony zarys tego, co możemy znaleźć w tej książce...
Zapomniałam o najważniejszym-wątku miłosnym, całkowicie nieprzewidywalnym jak i cała ta historia.
Chyba więcej pisać nie muszę...?Polecam na jesienno-zimowe wieczory.
Za możliwość recenzji dziękuję Wydawnictwu
Moja ocena 8,5/10
"Pewnego dnia Łucja Nowakówna kupuje kolejne, ale za to wyjątkowo dizajnerskie śliwkowe buciory, rzuca chłopaka, wygodne mieszkanie
i przeprowadza się do odziedziczonego po wuju drewniaka bez porządnej łazienki, ale za to z piecem i dzikim lokatorem. Do tego momentu, oprócz nudnego narzeczonego, miała tylko przyjaciela z dzieciństwa, napakowanego łysola Bronka Skrzętnego. Teraz zaprzyjaźnia się z nowymi sąsiadami: karlicą panią Marlenką, handlarzem antyków Władkiem Szuszfelakiem, synem zmarłej lokatorki wuja, filmowcem przyrody – Januszem Poniewieskim, a także patykowatą Basią z trójką podobnych do niej dzieci.
Łucja rysuje komiks, do którego potrzebuje marionetki. W tym celu udaje się do teatru lalkowego, gdzie poznaje bardzo przystojnego i uwodzicielskiego aktora Walerego Dębowskiego. Od pierwszych taktów wspólnie przetańczonego tanga jasne jest, że niesamowicie pociągają się wzajemnie, ale dziewczyna klasyfikuje go jako maczo i nie chce o nim myśleć.
W dodatku, w okolicy drewniaka zaczyna pojawiać się niezwykły klaun…"
Pierwsze wrażenie po przeczytaniu książki-zakręcona historia, która dzieje się w Łodzi. Mogłabym nawet powiedzieć, że to z tego, co pamiętam pierwsza przeczytana przeze mnie książka, której akcja dzieje się współcześnie w mieście, które znam tak dobrze. Niewątpliwie dla mnie to duży plus lektury tej książki, bo znam miejsca, gdzie dzieje się akcja.
Mimo, że samego DREWNIAKA nigdy nie widziąłm, jednak jestem w stanie sobie wyobrazić, gdzie umiejscowiła go autorka i jak on wygląda. Tytułowe miejsce, to dom odziedziczony całkowicie niespodziewanie przez szaloną artystkę - Łucję po wujku, którego nie znała. Zaskakujący, jak się później okazuje problematyczny spadek ułatwia bohaterce podjęcie przełomowej decyzji w życiu i przeprowadzkę do całkiem innego miejsca czy nawet można by powiedziec świata. Świata, które skrywa tyle tajemnic, że starczyłoby na kilka innych powieści. Do tego szalone przygody, zwroty akcji, romasne, historie miłosne, komedie pomyłek, odrobina szaleństwa, pikanteria seksu-wszystko to znajdziemy w książce Doroty Combrzyńskiej-Nogali. Wcześniej nie znałam twórczości tej autorki, ale po lekturze tej pozycji z pewnością bedę szukać kolejnych pozycji.
Ogromne zmiany w życiu Łucji - szalonej, całkowicie nieprzewidywalnej, oddziaływują na zycie jej nowych przyjacół, którzy tak różni od niej próbują sobie poukładac swoje problemy. Autorka serwuje nam tak barwny korowód postaci drugoplanowych, ze momentami ciężko stwierdzić, kto tutaj tak naprawdę jest pierwszoplanowym bohaterem.
Do tego elementy wróżbiarstwa, magii, duch krażący nad Drewniakiem i powiedzmy, że przedstawiłam wam okrojony zarys tego, co możemy znaleźć w tej książce...
Zapomniałam o najważniejszym-wątku miłosnym, całkowicie nieprzewidywalnym jak i cała ta historia.
Chyba więcej pisać nie muszę...?Polecam na jesienno-zimowe wieczory.
Za możliwość recenzji dziękuję Wydawnictwu
Moja ocena 8,5/10
czwartek, 8 listopada 2012
Jeffery Deaver - Ogród bestii
"Ameryka połowy lat trzydziestych ubiegłego wieku. Paul Schumann, nowojorczyk
niemieckiego pochodzenia, jest wykonawcą mafijnych wyroków. Podczas jednej z
akcji wpada w pułapkę. Dostaje jednak wybór: albo trafi na krzesło elektryczne w
Sing-Singu, albo dokona ostatniego zamachu, zabijając - dla dobra ojczyzny -
głównego architekta nazistowskiej remilitaryzacji, Reinharda Ernsta.
W Berlinie Paul tropi Ernsta, uciekając przed siłami bezpieczeństwa Trzeciej Rzeszy. Musi się także strzec wyjątkowo przenikliwego detektywa, inspektora policji kryminalnej. Akcja, pełna nieoczekiwanych zwrotów, toczy się w sercu niemieckiej stolicy gorączkowo przygotowującej się do igrzysk olimpijskich 1936 roku i pragnącej pokazać światu pokojowe oblicze. Atutem powieści jest dbałość autora o szczegółowy obraz epoki i oddanie atmosfery Niemiec dławionych faszystowskim terrorem."
Robiłam dwa podejścia do tej książki, ale drugie było na tyle skuteczne, że nie mogłam się oderwać ;)
Książka, która opowiada o śledztwie, które toczy się 80 lat temu, a mimo wszystko wciąga, ciekawi i intrykuje. Jednym słowem rewelacja. W dobie superszpiegów z cudownymi możliwościami i sprzętem, filmów kryminalych dopracowanych do najmniejszego szczegółu zdawaloby się, że niemozliwym jest napisanie dobrej książki, w której śledczy stosują dopiero raczkujące w tym czasie metody, bez których współczenie nie można sobie wyobrazić porządnego kryminalu. A jednak. Niemieccy policjanci zachwycają błyskotliwością, swoją dedukcją i nieprzewidywalnością.
Dla mnie niesamowicie ciekawy, czasem nawet szokujący jest ukazany przez autora obraz życia zwyczajnych ludzi w czasach III Rzeszy- doskonałe tło historyczne, mnóstwo ciekawostek-jak chociażby te o faszystwskich ubraniach, a także wpływ terroru na zwykłych obywateli. Wiele można przeczytać o prześladowaniach Żydów, tu autor ukazał również problemy zwykłych obywateli, którzy ośmielają się mieć inne poglady niż rządząca partia. Warto przeczytać chociazby dla tego aspektu.
Rzadko zdarza się, żeby Amerykanim tak rzetelnie opisał europejską rzeczywistość w tak specyficznym okresie historii-obiektywizm, duża wiedza historyczna, bez uprzedzeń, prosto, po prostu dobrze, odpowiednio i nieamerykańsko.
Do tego plejada postaci, którą stworzył Deever jest własnie taka jaka powinna być-wywarzona liczba, tak w sam raz, doskonała proporcja pomiędzy drugoplanowymi (jak chociażby olimpijczycy) a pierwszoplanowymi. Do tego kazdy z nich jest w jakiś sposób charakterystyczny, niektórzy mają w sobie to COŚ, no i Paul, pracujacy na zlecenie mafii - powiniem wzbudzaj conajmniej mieszane uczucia, bo jednak to płatny zabójca, jednak i tu autor nas zaskakuje, bo okazuje się, że osąd może nie być aż tak oczywisty jak mogłoby się wydawać.
Więcej nie zdradzę-może zachęci was to do lektury.
Moja ocena 9/10
W Berlinie Paul tropi Ernsta, uciekając przed siłami bezpieczeństwa Trzeciej Rzeszy. Musi się także strzec wyjątkowo przenikliwego detektywa, inspektora policji kryminalnej. Akcja, pełna nieoczekiwanych zwrotów, toczy się w sercu niemieckiej stolicy gorączkowo przygotowującej się do igrzysk olimpijskich 1936 roku i pragnącej pokazać światu pokojowe oblicze. Atutem powieści jest dbałość autora o szczegółowy obraz epoki i oddanie atmosfery Niemiec dławionych faszystowskim terrorem."
Robiłam dwa podejścia do tej książki, ale drugie było na tyle skuteczne, że nie mogłam się oderwać ;)
Książka, która opowiada o śledztwie, które toczy się 80 lat temu, a mimo wszystko wciąga, ciekawi i intrykuje. Jednym słowem rewelacja. W dobie superszpiegów z cudownymi możliwościami i sprzętem, filmów kryminalych dopracowanych do najmniejszego szczegółu zdawaloby się, że niemozliwym jest napisanie dobrej książki, w której śledczy stosują dopiero raczkujące w tym czasie metody, bez których współczenie nie można sobie wyobrazić porządnego kryminalu. A jednak. Niemieccy policjanci zachwycają błyskotliwością, swoją dedukcją i nieprzewidywalnością.
Dla mnie niesamowicie ciekawy, czasem nawet szokujący jest ukazany przez autora obraz życia zwyczajnych ludzi w czasach III Rzeszy- doskonałe tło historyczne, mnóstwo ciekawostek-jak chociażby te o faszystwskich ubraniach, a także wpływ terroru na zwykłych obywateli. Wiele można przeczytać o prześladowaniach Żydów, tu autor ukazał również problemy zwykłych obywateli, którzy ośmielają się mieć inne poglady niż rządząca partia. Warto przeczytać chociazby dla tego aspektu.
Rzadko zdarza się, żeby Amerykanim tak rzetelnie opisał europejską rzeczywistość w tak specyficznym okresie historii-obiektywizm, duża wiedza historyczna, bez uprzedzeń, prosto, po prostu dobrze, odpowiednio i nieamerykańsko.
Do tego plejada postaci, którą stworzył Deever jest własnie taka jaka powinna być-wywarzona liczba, tak w sam raz, doskonała proporcja pomiędzy drugoplanowymi (jak chociażby olimpijczycy) a pierwszoplanowymi. Do tego kazdy z nich jest w jakiś sposób charakterystyczny, niektórzy mają w sobie to COŚ, no i Paul, pracujacy na zlecenie mafii - powiniem wzbudzaj conajmniej mieszane uczucia, bo jednak to płatny zabójca, jednak i tu autor nas zaskakuje, bo okazuje się, że osąd może nie być aż tak oczywisty jak mogłoby się wydawać.
Więcej nie zdradzę-może zachęci was to do lektury.
Moja ocena 9/10
środa, 7 listopada 2012
Minął rok...
Tylko dzięki opcji przypominania w telefonie uświadomiłam sobie, że nasze blogowanie trwa już rok :)
Nasz pierwszy wpis pojawił się 1.10. Tutaj można go przeczytać
Cieszy nas to blogowanie coraz bardziej, wprowadza pewną syatematyczność, uporządkowanie, ale też przygodę, możliwość pozanania innych blogujących-inspirujących.
Dziękujemy wszystkim, którzy nasz blog oglądają, podczytują i komentują :)Polecamy się na przyszłość.
Pozdrawiamy
Czytający klub A&A
Nasz pierwszy wpis pojawił się 1.10. Tutaj można go przeczytać
Cieszy nas to blogowanie coraz bardziej, wprowadza pewną syatematyczność, uporządkowanie, ale też przygodę, możliwość pozanania innych blogujących-inspirujących.
Dziękujemy wszystkim, którzy nasz blog oglądają, podczytują i komentują :)Polecamy się na przyszłość.
Pozdrawiamy
Czytający klub A&A
poniedziałek, 5 listopada 2012
Jacek Inglot - Wypędzony Breslau-Wrocław 1945
"Wypędzony to opowieść o świecie w epoce wielkiej przemiany, o śmierci
niemieckiego Breslau i narodzinach polskiego Wrocławia. Po wojnie oba narody
stanęły w obliczu historycznej katastrofy, zmuszone do opuszczenia swych "małych
ojczyzn" - Polacy Kresów, Niemcy Dolnego Śląska. Miliony ludzi zostały wypędzone
z własnej ziemi. Powieść nie boi się trudnych pytań, podważa stereotypowe
wizerunki Polaków i Niemców, opowiada o ludziach uwikłanych w dramat tamtych
czasów.
Początek czerwca 1945 roku. Do zniszczonego, dopiero co zdobytego Wrocławia przybywa Jan Korzycki, uciekający przed UB porucznik Armii Krajowej. Zacierając za sobą ślady, pod przybranym nazwiskiem wstępuje do milicji. Otrzymuje
Początki innej, nowej Polski zaraz po zakończeniu działań wojennych to ostatnio dość modny temat zarówno produkcji filmowych, jak i książek. Ja akurat ostatnio można powiedzieć "jestem na bieżąco", oglądam Czas Honoru, widziałam Małą Maturę 1947, dlatego też z ogromną ciekawością sięgnęłam po książkę Jacka Inglota.
Pierwsze wrażenie - ogromna plastyczność, detaliczne opisy, tak, że czytelnik ma wrażenie, że spaceruje wraz z głównym bohaterem po ulicach Wrocławia, czy też raczej w tamtym czasie jeszcze Breslau. Mnóstwo szczegółów działających na wyobraźnię dodatkowo wzbogacało lekturę. Breslau to nie powojenna Warszawa, o której można przeczytać wszędzie o której dużo się mówi, szeroko dyskutuje jej powojenne życie. Breslau to miasto, które niemal całkowicie zniszczone, chwilowo niczyje, miasto którego mieszkańcy żadnej narodowości tak naprawdę nie mogą się czuć ja u siebie. I o tej właśnie przejściowości pisze autor, przedstawiając miejsce, z którego raczej się ucieka niż z miłością wraca. Breslau-Wrocław to niewątpliwie główny bohater powieści Inglota.
Drugie wrażenie-odwaga autora do zmierzenia się z tematem, który jest raczej omijany przez polskich autorów-zachowanie Polaków (zwycięzców?) na ziemiach, które zostały im przydzielone. Z jednej strony to uciekinierzy od przeszłości-tak jak Jan, którzy widzą w wym mieście szansę na inne, lepsze życie. Ale to także Polacy złodzieje, szabrownicy który w swojej pozycji wygranego widzą szansę na swoistego rodzaju wzbogacenie się kosztem łupów zdobytych na dotychczasowym okupancie. Bolesna prawda o historii, o której wielu chciałoby zapomnieć. Trudne decyzje, niejednoznaczne wybory uwikłane w karty historii. Czasem przerażające, żenujące, ale mimo wszystko wciągające od pierwszej strony. To nie jest już Breslau Krajewskiego, to Breslau Inglota, którzy burzy stereotypy i nie boi się pisać o tym, co niewygodne. Nic nie jest jednoznaczne, nie sposób ocenić postępowania bohaterów, bo w końcu może lata wojenne dają im prawo do właśnie takich zachowań, a "zwykli" Niemcy, mimo, iż nie uczestniczyli w działaniach wojennych to jednak wybrali Hitlera na swojego kanclerza. Okazuje się, że tutaj nikt tak naprawdę nie jest zwycięzcą.
Jak pisze autor w swojej notatce na końcu książki:
" Pragnąłem opowiedzieć, co naprawdę zdarzyło się z "tamtym" miastem, zastanowić się nad jego dramatycznym schyłkiem, w którym odegraliśmy niezbyt chwalebną rolę. Breslau bowiem nie przestał istnieć jednego dnia, 6 maja 1945, w dniu kapitulacji twierdzy. Konał jeszcze przez wiele miesięcy i to my Polacy, pomagaliśmy mu umierać".
Ten zamysł niewątpliwie udał się autorowi, gorzej moim zdaniem z samą akcją, która miała się odbywać na te ostatnich chwil w Breslau, a pierwszych dni Wrocławia. Poszukiwania komendanta Festung Breslau to jednak tylko jakiś poboczny wątek, jakby poza głównym nurtem, a szkoda, bo wydaje mi się, że można byłoby go rozwinąć, podkręcić akcję, wzmocnić napięcie-myślę, że to główny i w zasadzie jedyny minus tej powieści. Ale może to jednak celowy zabieg autora, żeby w ten sposób nie przyćmiewać głównego bohatera powieści-miasta walczącego o swoją przyszłość z historią, uprzedzeniami i ludzkimi słabościami.
Moja ocena 8,5/10
Za możliwość przeczytania tej książki dziękuję Instytutowi:
Początek czerwca 1945 roku. Do zniszczonego, dopiero co zdobytego Wrocławia przybywa Jan Korzycki, uciekający przed UB porucznik Armii Krajowej. Zacierając za sobą ślady, pod przybranym nazwiskiem wstępuje do milicji. Otrzymuje
zadanie wytropienia "komendanta Festung
Breslau", jak każe się tytułować przywódca konspiracyjnego niemieckiego
Werwolfu. Korzycki usiłuje przeżyć w obcym, pogrążonym w chaosie i bezprawiu
mieście, broniąc jego mieszkańców przed szabrownikami i niedobitkami
nazistów."
Początki innej, nowej Polski zaraz po zakończeniu działań wojennych to ostatnio dość modny temat zarówno produkcji filmowych, jak i książek. Ja akurat ostatnio można powiedzieć "jestem na bieżąco", oglądam Czas Honoru, widziałam Małą Maturę 1947, dlatego też z ogromną ciekawością sięgnęłam po książkę Jacka Inglota.
Pierwsze wrażenie - ogromna plastyczność, detaliczne opisy, tak, że czytelnik ma wrażenie, że spaceruje wraz z głównym bohaterem po ulicach Wrocławia, czy też raczej w tamtym czasie jeszcze Breslau. Mnóstwo szczegółów działających na wyobraźnię dodatkowo wzbogacało lekturę. Breslau to nie powojenna Warszawa, o której można przeczytać wszędzie o której dużo się mówi, szeroko dyskutuje jej powojenne życie. Breslau to miasto, które niemal całkowicie zniszczone, chwilowo niczyje, miasto którego mieszkańcy żadnej narodowości tak naprawdę nie mogą się czuć ja u siebie. I o tej właśnie przejściowości pisze autor, przedstawiając miejsce, z którego raczej się ucieka niż z miłością wraca. Breslau-Wrocław to niewątpliwie główny bohater powieści Inglota.
Drugie wrażenie-odwaga autora do zmierzenia się z tematem, który jest raczej omijany przez polskich autorów-zachowanie Polaków (zwycięzców?) na ziemiach, które zostały im przydzielone. Z jednej strony to uciekinierzy od przeszłości-tak jak Jan, którzy widzą w wym mieście szansę na inne, lepsze życie. Ale to także Polacy złodzieje, szabrownicy który w swojej pozycji wygranego widzą szansę na swoistego rodzaju wzbogacenie się kosztem łupów zdobytych na dotychczasowym okupancie. Bolesna prawda o historii, o której wielu chciałoby zapomnieć. Trudne decyzje, niejednoznaczne wybory uwikłane w karty historii. Czasem przerażające, żenujące, ale mimo wszystko wciągające od pierwszej strony. To nie jest już Breslau Krajewskiego, to Breslau Inglota, którzy burzy stereotypy i nie boi się pisać o tym, co niewygodne. Nic nie jest jednoznaczne, nie sposób ocenić postępowania bohaterów, bo w końcu może lata wojenne dają im prawo do właśnie takich zachowań, a "zwykli" Niemcy, mimo, iż nie uczestniczyli w działaniach wojennych to jednak wybrali Hitlera na swojego kanclerza. Okazuje się, że tutaj nikt tak naprawdę nie jest zwycięzcą.
Jak pisze autor w swojej notatce na końcu książki:
" Pragnąłem opowiedzieć, co naprawdę zdarzyło się z "tamtym" miastem, zastanowić się nad jego dramatycznym schyłkiem, w którym odegraliśmy niezbyt chwalebną rolę. Breslau bowiem nie przestał istnieć jednego dnia, 6 maja 1945, w dniu kapitulacji twierdzy. Konał jeszcze przez wiele miesięcy i to my Polacy, pomagaliśmy mu umierać".
Ten zamysł niewątpliwie udał się autorowi, gorzej moim zdaniem z samą akcją, która miała się odbywać na te ostatnich chwil w Breslau, a pierwszych dni Wrocławia. Poszukiwania komendanta Festung Breslau to jednak tylko jakiś poboczny wątek, jakby poza głównym nurtem, a szkoda, bo wydaje mi się, że można byłoby go rozwinąć, podkręcić akcję, wzmocnić napięcie-myślę, że to główny i w zasadzie jedyny minus tej powieści. Ale może to jednak celowy zabieg autora, żeby w ten sposób nie przyćmiewać głównego bohatera powieści-miasta walczącego o swoją przyszłość z historią, uprzedzeniami i ludzkimi słabościami.
Moja ocena 8,5/10
Za możliwość przeczytania tej książki dziękuję Instytutowi:
piątek, 26 października 2012
Martyna Wojciechowska - Zanzibar
"Podobno to właśnie zapach tej wyspy skusił kiedyś portugalskich żeglarzy, którzy
odkryli dla Europejczyków Zanzibar - wyspę leżącą u wybrzeży Tanzanii. To
królestwo przypraw - powietrze jest tu przesiąknięte wonią goździków, cynamonu,
gałki muszkatołowej, imbiru, kardamonu, wanilii... Jeżeli do tego dodacie błękit
oceanu, najpiękniejsze plaże jakie widziałam to jest właśnie Zanzibar - raj na
ziemi. Uprzedzam, że z bliska jest jeszcze bardziej atrakcyjny.
Mnie jednak najbardziej zaintrygowała praktykowana na tej wyspie poligamia - każdy mężczyzna wyznający islam może poślubić nawet cztery żony. Ale raczej nie ma mu czego zazdrościć, ponieważ najpierw musi za nie zapłacić, potem każdej żonie zapewnić oddzielny dom, kupić dokładnie taką samą biżuterię i z każdą spędzić dokładnie tyle samo czasu... Ja na kilka dni zamieszkałam z dwoma żonami jednego męża próbując znaleźć odpowiedź na pytanie czy zazdrość o inną kobietę jest cechą wrodzoną czy nabytą poprzez wychowanie? Odpowiedź znajdziecie w tej książce."
Malutka książeczka z dużą ilością zdjęć, ktora nie jest ani książką pordóżniczą ani przewodnikiem, chociaż zawiera elementy jednego i drugiego. Taka pozycja, mam wrażenie wydana na siłę, w zasdzie zawiera wszystko, to co można bylo zobaczyć w programie i przeczytać w książkach powstałych na jego podstawie. Jedyną różnicą jest wstęp-typowe informacje dla przewodnika-o tym jak przygotowac się do podróży i w telegraficznym skrócie co zobaczyć. W dalszej części pozanejemy historię 2 kobiet z poligamistycznych małżeństw. Jak dla mnie zbyt płytko, zbyt ogólnikowo i powierzchownie, tak jakby koniecznie miała się zmieścić na tych kilkudziesięciu małych karteczkach. Do tego na końcu motyw młodego mieszkańca Zanzibaru z politycznymi aspiracjami, wzorującego się na Baracku Obamie-zupełnie bez zwiazku z pierwszą częścią. I tak naprawdę nie wiadomo po co. Szkoda czasu, lepiej już sięgnąć po "pełnowymiarowe" książki Martyny.
Moja ocena 5/10 za fajne zdjęcia
Mnie jednak najbardziej zaintrygowała praktykowana na tej wyspie poligamia - każdy mężczyzna wyznający islam może poślubić nawet cztery żony. Ale raczej nie ma mu czego zazdrościć, ponieważ najpierw musi za nie zapłacić, potem każdej żonie zapewnić oddzielny dom, kupić dokładnie taką samą biżuterię i z każdą spędzić dokładnie tyle samo czasu... Ja na kilka dni zamieszkałam z dwoma żonami jednego męża próbując znaleźć odpowiedź na pytanie czy zazdrość o inną kobietę jest cechą wrodzoną czy nabytą poprzez wychowanie? Odpowiedź znajdziecie w tej książce."
Malutka książeczka z dużą ilością zdjęć, ktora nie jest ani książką pordóżniczą ani przewodnikiem, chociaż zawiera elementy jednego i drugiego. Taka pozycja, mam wrażenie wydana na siłę, w zasdzie zawiera wszystko, to co można bylo zobaczyć w programie i przeczytać w książkach powstałych na jego podstawie. Jedyną różnicą jest wstęp-typowe informacje dla przewodnika-o tym jak przygotowac się do podróży i w telegraficznym skrócie co zobaczyć. W dalszej części pozanejemy historię 2 kobiet z poligamistycznych małżeństw. Jak dla mnie zbyt płytko, zbyt ogólnikowo i powierzchownie, tak jakby koniecznie miała się zmieścić na tych kilkudziesięciu małych karteczkach. Do tego na końcu motyw młodego mieszkańca Zanzibaru z politycznymi aspiracjami, wzorującego się na Baracku Obamie-zupełnie bez zwiazku z pierwszą częścią. I tak naprawdę nie wiadomo po co. Szkoda czasu, lepiej już sięgnąć po "pełnowymiarowe" książki Martyny.
Moja ocena 5/10 za fajne zdjęcia
Subskrybuj:
Posty (Atom)






